cinema.pl Newsy Dnia

piątek, 18 luty 2022 23:00

Wszyscy jesteśmy więźniami...

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Młody przedsiębiorca Sławomir Sikora (Bartosz Sak) prześladowany przez bezwzględnego bandytę dopuszcza się morderstwa w obronie swoich najbliższych. Skazany na 25 lat więzienia trafia za kraty, gdzie musi walczyć o przetrwanie w środowisku recydywistów skazanych za najcięższe zbrodnie. Pozbawiony nadziei na sprawiedliwość, odizolowany od tych, których kocha (w roli narzeczonej Anna Karczmarczyk), musi znaleźć w sobie siłę, by przeżyć i pozostać sobą. Każdy dzień tutaj jest walką o zachowanie godności i człowieczeństwa. Jest grą o życie, toczącą się według wyjątkowo brutalnych reguł.

Sikora podejmuje tę walkę i nie daje się złamać. Uczy się zyskiwać sojuszników i przyjaciół, zdobywać szacunek i lawirować pomiędzy więziennymi subkulturami. Dzięki przyjaźni ze skazanym za zabójstwo uciekinierem z Legii Cudzoziemskiej (Piotr Stramowski) oraz pomocy działaczki na rzecz praw człowieka (Olga Bołądź), Sikorze udaje się uwierzyć, że jeszcze nie wszystko jest dla niego stracone. Ale kluczowe decyzje zapadają daleko za murami… 

OSOBISTE KINO UNIWERSALNE

„To niesprawiedliwe, Sławek. 25 lat…” Agata (Anna Karczmarczyk), „Mój dług”

Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że o tej sprawie mówiła w latach 90. cała Polska. Dwaj nękani przez bezwzględnych bandytów młodzi ludzie powiedzieli: dość! Ofiary stały się katami. Bezwzględni oprawcy zginęli z rąk naiwnych i bezbronnych przedsiębiorców, których terroryzowali, licząc na łatwy zarobek. Człowiek zamordował człowieka, łamiąc prawo ludzkie i boskie. Sławomir Sikora i Artur Bryliński, szantażowani przez ponad rok przez Grzegorza G. oraz jego ochroniarza Mariusza K., torturowani by wymusić zwrot rzekomo pożyczonych pieniędzy wraz z drakońskimi odsetkami, szukali pomocy na policji, próbowali działać też w świetle prawa. Ale gdy wszystkie tradycyjne sposoby zawiodły, gdy zorientowali się, że nie mogą liczyć na nikogo poza sobą, zabili, by uratować siebie i swoich bliskich. 

Nie chcieli tego robić, z początku zamierzali Grzegorza G. i Mariusza K. po prostu nastraszyć, użyć narzędzi terroru stosowanych z lubością przez ich oprawców, jednak tamci śmiali im się w twarz. Krzyczeli, że teraz dopiero Sikora i Bryliński będą cierpieć. Pozostawieni bez wyboru, zastraszeni zabili.

Ich tragedia rozpoczęła się w 1993 r. i trwała miesiącami. W marcu 1994 r. doszło do zbrodni, a kiedy mężczyźni trafili w ręce służb policji oraz wymiaru sprawiedliwości, rozpoczął się pierwszy, kilkuletni, etap ich gehenny. Już wtedy było im trudno oswoić się z tym, co się stało – kim oni się stali. W końcu w listopadzie 1997 r. zapadł wyrok dla obu oskarżonych,: 25 lat pozbawienia wolności, wliczając w to okres od 1994 roku, który już spędzili w zamknięciu.

Każdy, kto słyszał w latach 90. o sprawie Sikory i Brylińskiego, śledził telewizyjne doniesienia na ich temat, czytał niezliczone artykuły prasowe, rozmawiał z przyjaciółmi i kolegami w pracy o tym, co ich spotkało, zadawał sobie – otwarcie albo w skrytości ducha – pytanie: jak bym postąpił/postąpiła na ich miejscu? Refleksja tyleż wymuszona przez sytuację i medialny szum towarzyszący sprawie Sikory i Brylińskiego, co zgoła uniwersalna – niczym u Szymborskiej w „Minucie ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej”: Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Mówię to wam ze swego nieznanego serca. Co byśmy zrobili, by uwolnić się od brutali, z którymi nie da się negocjować? Jak byśmy walczyli o dobro swoje i swoich bliskich? Czy złamalibyśmy prawo? A może zagryźlibyśmy zęby, pożyczyli jakoś pieniądze i zapłacili? Nikt tego nie wie… 

Po latach do tych pytań dołączyły inne, przy czym najważniejsze z nich – i zarazem najbardziej brutalne w swojej dojmującej prostocie – brzmiało: czy wytrzymalibyśmy w więzieniu dekadę, nie zapominając o tym, kim byliśmy wcześniej, w co wierzyliśmy, jak myśleliśmy, planowaliśmy, kochaliśmy? Jak nietrudno się domyślić, ta refleksja była znacznie trudniejsza do przetrawienia, zwłaszcza że docierające zza granicy kino więzienne nie pozostawiało wątpliwości, że pobyt za kratami zmienia człowieka na dziesiątki różnych sposobów. O sprawie Sikory i Brylińskiego po wyroku ucichło. Ludzie, którzy śledzili ich losy z wypiekami na twarzy i setkami kotłujących się w głowie pytań, wrócili do normalnego życia, podczas gdy skazani za zbrodnię, do której zostali zmuszeni, próbowali z lepszym lub gorszym skutkiem przetrwać swą katorgę. 

I nagle znów zrobiło się o nich głośno za sprawą przejmującego „Długu” Krzysztofa Krauzego. Tamten film, choć sam w sobie wyśmienity i zdecydowanie zasługujący na zdobyte przez kolejne dekady miano jednego z najlepszych polskich obrazów post-transformacyjnych, nie był jednak ani quasi-dokumentalną relacją z tragicznych wydarzeń z życia Sikory i Brylińskiego, ani próbą opowiedzenia o nich w biograficznej formule. Krauze zainspirował się ich historią, zaczerpnął to, co pasowało do jego wizji, pozmieniał nazwiska i tożsamości, dodał elementy fabularne, po czym nakręcił sensacyjno-filozoficzny traktat o zbrodni, karze i tym, co zawiera się pomiędzy. Film zostawiał pytania, ale niekoniecznie te związane z tym, jak było naprawdę.

„Dług” wiele zmienił w życiu Sławomira Sikory. Mężczyzna nie poddawał się, znajdując coraz to nowe sposoby, by rozpalać permanentnie osłabianą przez więzienie nadzieję – zaangażował się w prace twórcze w Klubie Literackim „Bartnicka 10”, prowadził radiowęzeł, zyskiwał szacunek i zaufanie strażników, inspirował kolegów do wytrwałości – jednak film dał mu zupełnie nowy rozpęd. Zwrócił też na niego uwagę ludzi, którzy znaleźli sposób, żeby mu w końcu pomóc. Rozpoczęła się trwająca kilka lat walka o prezydenckie ułaskawienie, w trakcie której Sikora i jego pomocnicy zebrali na żywo i w raczkującym internecie – przed czasami YouTube’a, Facebooka i mediów społecznościowych – kilkadziesiąt tysięcy podpisów od ludzi, którzy uwierzyli, że ofiara, która stała się katem, wykazała się wystarczającą chęcią resocjalizacji. Że czas oddać Sikorze wolność. 

Udało się w 2005 roku, kiedy Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Aleksander Kwaśniewski podpisał Akt Łaski. Od tamtego czasu Sławomir Sikora stał się nowym człowiekiem, biznesmenem, społecznikiem, aktywistą, próbując cieszyć się każdą chwilą, która została mu dana. Nie zapomniał natomiast o swoim długu, zarówno wobec innych osadzonych, którym zawsze starał się pomagać na tyle, na ile pozwalały mu więzienne ograniczenia, jak i wobec praworządnego społeczeństwa. Jego autobiograficzny „Mój dług”, napisany jeszcze w więzieniu, zdobył mu rzesze fanów i zwolenników, pokazując, że Sikora potrafi przekuwać swoją tragiczną historię w ważkie myśli i słowa. Nic dziwnego, że w głowie kołatał mu się przez wiele lat pomysł na film opowiadający o tym, co przeżył w drodze do odzyskania wolności. 

Ta historia warta jest opowiedzenia językiem głównego bohatera. Nie dla karmienia własnej próżności, nie dla uciszenia wyrzutów sumienia  tylko chociażby po to, by przedstawić wersję historii widzianą jego oczami, która wcześniej została wykorzystana jedynie fragmentarycznie. By „wyprostować” kilka faktów. A także by pokazać, co stało się z nim po aresztowaniu - czyli pobyt w więzieniu i bolesne przepychanki z bezosobowym systemem, który wedle relacji Sikory jest zbyt toksyczny oraz nieprzemyślany, ażeby móc prawdziwie resocjalizować. O tym i wielu innych aspektach opowiada „Mój dług” Denisa Delića i Bogusława Joba, napisany przez Andrzeja Sobka przy współpracy Sławomira Sikory na bazie jego wspomnień.

Nie jest to kino stricte biograficzne, ani odtwarzana jeden do jednego relacja z więziennych lat Sikory, gdyż formuła filmu fabularnego wymaga syntezy, kompromisu, skrótów myślowych. Jest to natomiast wersja do bólu szczera i prawdziwa, pokazująca, że Sikora – zmuszony do ostateczności człowiek działający w samoobronie, który musiał spędzić dziesięć lat życia wśród ludzi, którzy zabijali, gwałcili i maltretowali o wiele bardziej świadomie – nie tylko wyniósł ważną lekcję, ale chce podzielić się nią z tymi, którzy zechcą go wysłuchać. Wersja stworzona z fragmentów wspomnień, więziennych szczegółów, uniwersalnych refleksji i pełnokrwistych postaci, z którymi każdy będzie w stanie się utożsamić. Lub przynajmniej je zrozumieć. Poczuć ich emocje, ból, lęk, niepewność, frustrację, złość. I zrozumieć, czym jest tytułowy „Mój dług”.

 

OPARTE NA FAKTACH KINO NIEBIOGRAFICZNE - GENEZA 

„Obyś skutecznie mi błogosławił i rozszerzył granice moje, a ręka Twoja była ze mną, i obyś zachował mnie od złego, a utrapienie moje się skończyło!” I sprawił Bóg to, o co on prosił.” (1 Ks. Kronik 4.9-10).

Choć Sikora nosił się z pomysłem na film od lat, doprowadzenie do jego realizacji nie było ani łatwe, ani tym bardziej oczywiste. „Wiele się nauczyłem w więzieniu, zarówno wysłuchując historii moich kolegów-osadzonych, jak i czytając różne książki, biografie, powieści więzienne i inne. Poznałem różne sposoby na opowiadanie podobnych, ale jednak różnych historii. Z kolei gdy stanąłem już na nogi na wolności, poznałem od wewnątrz różne branże. Zrozumiałem, co działa na ludzi, i co ich odrzuca. Rozpierały mnie pomysły, snułem plany opowiedzenia o moim pobycie w pudle na dziesiątki sposobów, ale zanim zacząłem szukać producenta i scenarzysty, musiałem zrobić sobie rachunek sumienia. Odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego chcę w ogóle zrobić ten film?”, wspomina Sikora, który ustalił w końcu trzy główne powody swoich dążeń. 

„Po pierwsze, niekoniecznie najważniejsze, ale mimo wszystko ważne: chcę zarobić pieniądze. Wiem, że wiele osób zacznie kręcić głowami i przewracać oczami. Jak to, morderca ma zarobić na własnej zbrodni? Nie dość mu, że wyszedł wcześniej na wolność?”, pyta retorycznie Sikora. „Prawda jest taka, że choć stanąłem na nogi, mam dobrą pracę i piękną rodzinę, kochającą żonę i trójkę przeuroczych dzieci, w moim życiorysie jest dziesięcioletnia wyrwa. Nikt mi tam nie płacił ZUS-u. Nikogo nie obchodziła moja przyszłość. Zasłużyłem na więzienie, nie przeczę, ale udowodniłem też, że zasłużyłem na wolność. A wolność polega na tym, że mogłem przekuć swoją tragedię w coś pozytywnego, tak jak robią to na Zachodzie. Tak, chcę zarobić. Jestem pomysłodawcą projektu, jego producentem kreatywnym, współscenarzystą. To moje dziecko.”

Ale chyba nie chodzi tylko o pieniądze i komercjalizację własnej historii? „Oczywiście, że nie. To bonus, który mi się należy lub nie, w zależności od perspektywy. Drugim powodem, tym faktycznie najważniejszym, jest ogromna chęć zmiany systemu. Lub przynajmniej rozpoczęcia dyskusji”, kontynuuje Sikora. „Chcemy pokazać, jak wygląda więzienie, na czym polega polski wymiar sprawiedliwości, jak skuteczna może być resocjalizacja. Realia na pewno się zmieniły, krajowe więzienia są lepsze, ładniejsze, nowocześniejsze. Ale w praktyce wiele mechanizmów pozostało bez zmian. Chcemy pokazać prawdę o zamknięciu. To się przypadkiem połączyło z zamknięciem pandemicznym, gdy ludzie poczuli namiastkę tego, co ja czułem, gdy musiałem wegetować w pudle. Tyle że moje śmierdziało beznadzieją i cuchnęło papierochami”.

„Co w tym takiego złego, że papierochami? W końcu to więzienie, nie wczasy, prawda?” To także zależy od perspektywy, ale ja nigdy nie paliłem, a od 15 marca 1994 roku, kiedy mnie wsadzili do aresztu, do 1996 r., gdy weszły przepisy, że trzeba oznaczać cele dla palących, dzień w dzień musiałem wdychać dym z kilkudziesięciu fajek. A, że umyć się można było raz w tygodniu, w zbiorowej łaźni, cały przesiąknąłem papierosami. Tak wyglądało więzienie, smród otoczenia przenikał cię w każdym aspekcie. Nie dało się uciec, albo to zaakceptowałeś, albo waliłeś ze złości pięściami w ścianę. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, nie mają pojęcia o systemie, o niewoli. I że jednostka jest w stanie z tym wszystkim wygrać, ale nigdy sama – zawsze musi mieć wsparcie, cel, nadzieję”.

Dwa diametralnie odmienne powody, jeden stricte osobisty, niejako kontynuujący w przypadku Sikory chęć obrony bliskich, zaś drugi skrajnie idealistyczny, mający na celu wzniecenie debaty na temat systemu, o którym zbyt mało wiemy. Trzeci powód powinien zatem stać się pomostem między nimi. „Mój dług miał być swoistym testamentem. Dla moich dzieci, które dziś są zbyt młode, bym obarczał je świadomością tego, co zrobiłem – ale pewnego dnia dowiedzą się, że tato zabił, siedział w pudle, miał depresję. Chcę, żeby film stał się dla nich narzędziem obrony przed szydercami, dowodem, że tata nie był zły, że się bronił”, wyjaśnia Sikora. „Ale testament też dla ogółu: i dla tych 37 tysięcy ludzi, którzy podpisali się pod petycją o moje ułaskawienie, i dla wszystkich, którzy nie widzieli Długu i nie mają ustalonych wyobrażeń na temat sprawy”. 

Sikora podkreśla ponownie, że nie chce w żaden sposób deprecjonować „Długu” i doskonale zdaje sobie sprawę, jak bardzo ten film mu pomógł. „Krzysztof Krauze nakręcił film ważny dla mojej wolności, ale także film, który był jego wizją i wiele rzeczy w moim życiorysie zmienił. Taki miał oczywiście być, dotyczył morderstwa i reakcji ofiar na nękanie ze strony oprawcy, a teraz ja chciałbym opowiedzieć moją wersję. Moją prawdę”. Poszukując kreatywnych ludzi z polskiej branży filmowej, z którymi mógłby zrealizować swój film, Sikora odbił się od wielu producentów i scenarzystów. „Problem tkwił w tym, że widziałem, że ich nie interesuje moja historia sama w sobie, że traktują ją jako trampolinę dla siebie i własnych pomysłów. A przecież nie po to poświęciłem projektowi tyle czasu, by oddać nad nim tak po prostu kontrolę. Na szczęście spotkałem na swej drodze Bogusława Joba, który okazał się idealnym partnerem. Z jednej strony pomógł mi w realizacji mojej wizji, a z drugiej przekonał do wielu pomysłów i ulepszył tę wizję”, wspomina Sikora, dodając, że jedną z rzeczy, z których zrezygnowali, było wprowadzenie jednoznacznego antagonisty. „Wychowałem się na Skazanych na Shawshank, Więźniu Brubakerze, Motylku, filmach o walce jednostki o pozostanie sobą. Jeden bohater się poddaje, drugi nie, wygrywają razem. Protagonista musi przejść przez rzekę fekaliów, żeby być wolnym”, mówi Sikora. „Zastanawiałem się, czy nie dać filmowemu Sikorze złego dyrektora więzienia, jak w Shawshank, z którym mógłby walczyć i wygrać. Ale szybko zrozumiałem, że Mój dług musi stać na szczerości i prawdzie, że nie ma miejsca na dodawanie atrakcji”.

„Cieszę się, że Sławek mi zaufał ze swoją niezwykłą historią” mówi Job, który jest nie tylko producentem, ale też współreżyserem filmu, finiszując projekt nakręcony w większości przez Denisa Delića. „Uważam, że udała nam się sztuka, która zdarza się dość rzadko: nakręcić oparty na prawdziwych wydarzeniach film, który jest szczery i prawdziwy, który nie boi się trudnych emocji, obrazowej przemocy i smutnej refleksji, a jednocześnie film, który jest dobrą, emocjonującą rozrywką. W tym sensie, że inspiruje do zmian, do innego spojrzenia na to, kim jesteśmy, co mamy. Taki trochę amerykański dramat i feel good movie  w jednym, osadzony w chłodnej, szaroburej rzeczywistości Polski przełomu wieków”, komentuje producent Job. 

Zarówno Job, jak i Sikora i wszyscy zaangażowani w produkcję podkreślają, że „Mój dług” nie miał być remakiem „Długu”. „W zasadzie poza kilkoma scenami retrospekcji nasz film w ogóle nie pokrywa się z tym, co zrobił świętej pamięci Krzysiu Krauze. Nie można go zatem nazwać też luźną kontynuacją. To inne spojrzenie na sprawę Sikory, jego losy opowiedziane przez inny pryzmat, inną emocjonalność, inny rodzaj sztuki filmowej”, podsumowuje Job. „Ba, Mój dług to film, który można równie dobrze obejrzeć bez znajomości całej sprawy. Wtedy widz dostanie historię człowieka postawionego w sytuacji, która go przerosła. Osaczony, zastraszony, starając się chronić bliskich, Sikora przekroczył granicę i zamordował innego człowieka. A potem zaczęła się prawdziwa katorga.

 

W POSZUKIWANIU FORMY 

„Dobrze ci z oczu patrzy. Nie daj się...” Strażnik więzienny „Mój dług”

Kolejnym krokiem  było znalezienie scenarzysty, który byłby w stanie spełnić oczekiwania wobec filmowej historii, tworząc na papierze opowieść o sile i przetrwaniu dzięki miłości, a jednocześnie dodać do jej struktury i fabularnych założeń coś od siebie. Innymi słowy kreatywnego partnera, nie wyrobnika. Producent od samego początku myślał o Andrzeju Sobku, uznanym w branży dziennikarskiej i telewizyjnej reporterze i scenarzyście z doświadczeniem w temacie polskiego więziennictwa lat 90. „Zrealizowałem jako dziennikarz kilkanaście reportaży związanych z tematyką więziennictwa oraz historią osób skazanych, poznałem ludzi, więzienia, slang grypsujących”, mówi Sobek, który współpracował już wcześniej z Bogusławem Jobem podczas prac nad projektem filmu „Anders”.

„Gdy Bogusław zadzwonił i zaproponował napisanie scenariusza o dalszych losach Sławomira Sikory, podszedłem do tego dosyć sceptycznie. Znałem Dług i nie chciałem w żaden sposób powielać tamtej historii, nawet jeśli wiele zmieniała w życiorysie Sikory. Po wielu dyskusjach i rozmowach z Bogusławem, zdecydowaliśmy się, że skupimy się na historii pobytu Sikory w więzieniu, walki o przetrwaniu i wątku ułaskawienia, w którym istotną rolę odegrał raczkujący wtedy  internet” podkreśla Sobek.

On sam spotkał się po raz pierwszy z Sikorą w przedziwnych okolicznościach. „Była to cela klasztorna. Widywaliśmy się wieczorami, a rozmowy często kończyły się o świcie. Poznałem dziesiątki emocjonalnych historii, z których wyłaniali się ciekawi ludzie, wydarzenia oraz obraz systemu więziennictwa i resocjalizacji lat 90. Należało wybrać te najciekawsze i stworzyć kręgosłup scenariusza”.

Sobek dobrze znał najbardziej pamiętne polskie produkcje więzienne, od „Przesłuchania” po „Symetrię”, jeszcze bez „25 lat niewinności. Sprawy Tomka Komendy”, ponieważ jeden z najgłośniejszych rodzimych filmów więziennych jeszcze wtedy nie powstał. Scenarzysta oparł jednak swój tekst nie na filmowych archetypach i rozpoznawalnych schematach, lecz solidnej dokumentacji opisywanego na kartach „Mojego długu” środowiska. „Historię Sikory poznałem z pierwszej ręki, przeczytałem też kilkadziesiąt artykułów na temat tych wydarzeń i setki niepublikowanych stron jego wspomnień, obejrzałem zapiski wideo. Następnie przejrzałem wiele opracowań i dokumentów związanych z realiami więziennymi tamtych czasów. Wydaje mi się, że oddałem klimat tamtych lat bez zbytniego koloryzowania”, mówi scenarzysta.

„Mój dług” zaczyna się od sceny morderstwa. Nie wiemy jeszcze, kto zginął. Ani za co. Wiemy jednak, że zabójcy bardzo przeżyli to, co zrobili. Następnie widzimy, jak Sikora wraca do domu i robi pranie, próbując zmyć z niego krew swoich oprawców. Jego narzeczona, Agata, patrzy na to przerażona. Przytula się, jakby na znak, że wszystko będzie dobrze. Oboje jednak wiedzą, że stało się coś, co zmieni ich życie na zawsze. I na zawsze ich rozdzieli. Potem wszystko dzieje się bardzo szybko. Sikora ląduje na policji, w areszcie śledczym, na obserwacji psychiatrycznej, wreszcie w celi więziennej. Jest świeżakiem w świecie, w którym świeżaki muszą się cyklicznie uczyć pokory, „bajery”, pojąć, że nie każdemu wolno „grypsować”. Niespełna trzydziestoletni chłopak zaznaje pierwszych upokorzeń, w pewnym momencie próbuje podsuwanych mu w celi dragów.

Na każdym kroku napotyka ludzi, którzy albo są wobec niego chłodni i obojętni, albo dają mu mniej lub bardziej przydatne rady. Tylko jak dostosować się do świata, którego reguły przeczą wszystkiemu, w co kiedykolwiek wierzył? Od samego początku Sikora uczy się, że może liczyć tylko na siebie, że jest sam. To go osłabia, otępia, ale w pewnym momencie daje mu także siłę, by walczyć o przeżycie. I o siebie, bo jeśli wytrwa swój wyrok, ale zamieni się w recydywistę, będzie tak, jakby przegrał. Wszystko jest przeplatane retrospekcjami ukazującymi w skrótowej formie, jak Sikora znalazł się w więzieniu. „ Nie chciałem nawiązywać do Długu, doszedłem jednak w dalszych pracach do wniosku, że warto rozszerzyć fabułę o retrospekcje. Głównie na potrzeby młodego pokolenia, widzów, którzy nie widzieli Długu i nie znają całej sprawy” mówi Sobek. 

Obserwujemy zatem fragmenty wydarzeń z lata 1993 roku, gdy Sikora i jego przyjaciel, wspólnik starają się o duże pieniądze na rozkręcenie interesu. Niestety żaden bank nie chciał im udzielić pożyczki. Zwracają się o pomoc w zdobycie funduszy do niejakiego Grzegorza. My od początku jesteśmy świadomi, że ich nowy „inwestor” chce ich wykiwać, choćby dzięki scenie, w której zaprasza ich na spotkanie do nieswojego biura, jednak młodzi biznesmeni są na tyle podekscytowani nowymi możliwościami, że nie zauważają przekrętu. Nagle robi się problem. Grzegorz, choć nie zapewnił im żadnych funduszów, których potrzebowali, żeby wystartować ze swoim biznesem, żąda ogromnych pieniędzy na pokrycie „swojego straconego czasu”, nieistniejącego długu. Piętnastu tysięcy dolarów, niewyobrażalnej sumy w latach 90-tych. Oni śmieją mu się w twarz. On zaczyna im grozić. W pewnym momencie torturować: wraz z ochroniarzem przywiązują ich za nogi do wozu terenowego, wlokąc po leśnych wertepach. 

Ta naprzemienna struktura pozwoliła scenarzyście ukazać wielowymiarowy portret człowieka złamanego, który uczy się na nowo jak żyć, wierzyć, że nie wszystko stracone. Dzięki temu, że widzimy, jaki Sikora był przed mordem, doceniamy przemianę, jaką przechodzi w więzieniu. Najpierw wydaje się, że spadnie na samo dno, ale później, krok po kroku, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, podnosi się z kolan i staje nie tylko lepszą wersją samego siebie, ale także opoką dla innych więźniów. W pewnym momencie namawia strażników, którzy nauczyli  się mu ufać, by zwieźli na blok gałęzie świerku, jodły i pozwolili skazańcom poczuć namiastkę Bożego Narodzenia. „Tak było naprawdę, my tego nie wymyśliliśmy. On ten korytarz faktycznie udekorował i zrobił świąteczny nastrój. To jedna z wielu wzruszających scen, autentycznych historii, które Sławek stworzył za kratami”, mówi Job.  

W branży filmowej istnieje wiele atrakcyjnych maksym i powiedzonek, jednak nie ma chyba prawdziwszych słów od stwierdzenia, że prawda jest często bardziej niewiarygodna od fikcji. Co idealnie podsumowuje „Mój dług” – jeśli w trakcie seansu coś będzie wydawać się filmową kreacją, istnieje ogromna szansa, że ukazywane na ekranie sytuacje wydarzyły się naprawdę. „Wszystkie postaci opisane w scenariuszu są postaciami autentycznymi, zmieniliśmy jedynie część imion i ksywek. Również przedstawione wydarzenia i epizody są prawdziwe, tyle że na potrzeby struktury filmu zostały trochę skomasowane. Nie rozgrywają się na przestrzeni kilku lat, są bliżej siebie”, wyjaśnia Sobek. „Dług to była kreacja artystyczna, w Moim długu staramy się trzymać prawdy, bo w innym wypadku zaprzeczylibyśmy temu, co chcieliśmy osiągnąć”.

Dramat sądowy, dreszczowiec, kino psychologiczne, melodramat i więzienny horror w jednym, na dodatek z lekką domieszką komedii, tak potrzebnej każdemu widzowi, by lepiej przetrawić trudne ekranowe emocje. Jest też inspirujące przesłanie: „Przy filmowym Sikorze pojawiają się ludzie, którzy pozwalają mu przetrwać mimo że przeżywa jeden kryzys za drugim. Ja zawsze miałem bardzo anglosaskie podejście do życia, więc jest dla mnie bardzo ważne, żeby spojrzeć na Mój dług nie tylko jako dramat o katordze Sławomira Sikory, nie tylko jako opowieść o człowieku, który musi nauczyć się żyć normalnie w nienormalnej, ograniczonej przestrzeni więzienia, lecz także jako wezwanie do optymizmu. Jeśli chcesz, to zwyciężasz. Tylko musisz chcieć i trafić na ludzi, którzy też tego chcą. Proste, a jednocześnie skomplikowane, prawda?” 

 

INSTYNKTOWNA PRAWDA

„Jak się ma kogoś na wolności, to żyjesz tylko od widzenia do widzenia…” Bogdan (Michał Pietrzak), „Mój dług”

Gdy wszystkie detale odnośnie fabuły i struktury „Mojego długu” zostały ustalone, pozostała jeszcze jedna rzecz do zrobienia – znalezienie aktora, który odegrałby wiarygodnie tragiczną odyseję Sikory. Bez odpowiedniego odtwórcy roli projekt nie miał żadnych szans powodzenia. „Szukałem nowej twarzy, kogoś utalentowanego, ale nieopatrzonego, kto wszedłby na plan bez oczekiwań ze strony widzów”, wspomina Job. „Bartek Sak zaimponował mi swoją świeżością, przygotowaniem i kreatywnym podejściem. Wiedziałem, że trudno będzie zagrać Sikorę, bo to człowiek specyficzny, dlatego potrzebowałem kogoś, kto byłby w stanie zrozumieć, kim jest prawdziwy Sikora i przerobić go po swojemu na filmowego Sikorę. Bartek nie naśladował Sławka, nie widział się z nim w trakcie przygotowań, stworzył po prostu własną interpretację”.

Ewolucja filmowego Sikory była wyjątkowo trudna do zagrania przed kamerami. Od człowieka zahukanego, fizycznie i mentalnie zgnębionego, który desperacko usiłuje nie zatracić samego siebie pośród otaczających go brutali, po faceta, który jest na tyle silny wewnętrznie, że jest w stanie stawić czoła każdemu – wliczając w to przedstawicieli systemu – żeby bronić własnych przekonań. Żeby nie stracić własnego człowieczeństwa, pamięci o dawnym sobie, uczynnym, kochającym chłopaku, którego łatwo pogrzebać pod warstwami więziennego oportunizmu. W jednej z bardziej dosadnych sekwencji Sikora pomaga nowemu więźniowi, który przypomina charakterologicznie jego dawnego oprawcę, Grzegorza G., tylko dlatego, że mężczyzna zostaje zaatakowany przez przeważającą liczbę więźniów, którzy chcą go „ustawić” na dzień dobry. 

Przed Sakiem stanęło zatem nie tylko wyzwanie wiarygodnego odegrania wszystkich emocji targających Sikorą, ale także pokazanie – gestem, mimiką, ruchem, niedopowiedzeniem – tego, że jego bohater prowadzi każdego dnia wewnętrzną walkę. I każdego dnia wygrywa ją na nowo. „W procesie budowania postaci czułem, że nie mam potrzeby sięgania do filmowego Długu. Gdy zostałem wybrany, ustaliliśmy z Bogusławem Jobem, że odpuszczę też spotkanie ze Sławkiem Sikorą”, wyjaśnia Bartosz Sak. „Wiedziałem, że jest gotów ze mną porozmawiać, ale postanowiłem, że do czasu pojawienia się na planie nie będę miał z nim żadnego kontaktu. Nie chciałem, żeby sednem kreacji było wierne naśladownictwo tylko zbliżenie się do stanu człowieka, jego sytuacji i uwarunkowań”. 

W kreacji Saka wiele jest z prawdziwego Sikory, tyle że młody aktor nie przekazuje tego jeden do jednego – on przemyca między słowami styl mówienia, gestykulacji, charakter „oryginału”. 

„Jeśli projekt filmowy na to pozwala, lubię bazować na swoich naturalnych stanach. Mam poczucie, że do aktora często przychodzi rola, która ma z nim samym jakiś wyraźny punkt styczny. Nie jeden do jednego, ale na poziomie subtelnych cech”, opowiada Sak. „To wciąż jest gra aktorska, nie jesteś przecież swoją postacią, ale dostajesz rolę dlatego, że jesteś w danym momencie tym, kim jesteś. Nie ma potrzeby od tego uciekać, ten naturalny stan można pożyczyć bohaterowi. Kamera kłamstwa nie wybacza, toteż trzeba przyjąć własną naturalność. Zagrałem człowieka, jakiego widziałem w napisanej postaci. A potem, w rozmowach z reżyserem i Sławkiem, korygowałem rolę”.

Sak wspomina, że miał dwa miesiące na przygotowania. Mieszkał wtedy pod Kazimierzem Dolnym i miał dobre warunki, by w ciszy i skupieniu zagłębić się w psychologii bohatera Mojego długu. Następnie zaczął przygotowania do scen akcji. „Przeszedłem trening z Maćkiem Kubicą, koordynatorem ds. scen kaskaderskich. Ćwiczyliśmy podstawy bosku, sztuk walki, bezpieczne upadanie. Dał mi niezły wycisk, ale uważam, że efekt był tego wart, bo czułem się potem na planie swobodniej, pewniej. I nikomu nic się nie stało”. Warto też dodać, iż Sak został wrzucony od razu na głęboką wodę, gdyż pierwszą sceną, w której zagrał, było wyjście Sikory z więzienia. Tuż po zakończeniu ujęcia poznał też w końcu prawdziwego Sikorę i mógł w pewien sposób zmierzyć się ze swoimi wyobrażeniami o człowieku, którego grał. 

Dla Sikory było to także ważne spotkanie. „Rozumiałem decyzję Bartka, żeby nie spotykać się przed wejściem w zdjęcia filmowe. Obawiałem się, że mogłem go jakoś zdominować, przytłumić, speszyć, nakierować w stronę, w którą nie chciał iść z tą rolą. Na planie przebywałem głównie dla wsparcia, ale tylko jeżeli któryś z aktorów lub członków ekipy by tego potrzebował”, podkreśla Sikora. „Nie pchałem się do scen, nie afiszowałem ze swoją obecnością, byłem po prostu do dyspozycji. Gdy ktoś chciał, żebym coś wyjaśnił, skorygował, udzielałem wyczerpujących odpowiedzi, rzucałem anegdotkami, dawałem z siebie wszystko. Ale poza tym starałem się po prostu nie przeszkadzać”.

Mimo że Sak i Sikora praktycznie się nie znali przed rozpoczęciem okresu zdjęciowego, a aktor nie próbował naśladować stylu i wyglądu człowieka, w którego się wcielał, na planie doszło do dosyć zabawnej sytuacji. „Pamiętam to tak dobrze, jakby wydarzyło się wczoraj”, mówi Sikora. Kręciliśmy w Kaliszu, gdzie powstawała lwia część scen filmu w więzieniu, więc Bartek był na planie w stroju więziennym. Przygotowywał się do jakiejś sceny i akurat tak się złożyło, że coś omawialiśmy, jakieś szczegóły związane z zachowaniem filmowego Sikory. Podszedł do nas jakiś mężczyzna i mówi: Fajnego masz syna. Odpowiedziałem, że pewnie, że fajnego, ale skąd on zna mojego syna? Na co on pokazuje na Bartka: Przecież tu stoi! Zajęło mi sekundę czy dwie zrozumienie, o co chodzi, po czym obaj z Bartkiem zaczęliśmy się śmiać i wyprowadziliśmy go z błędu”. 

Producent  „Mojego długu” Bogusław Job był oczywiście na planie tamtego dnia i potwierdza, że rzeczywiście doszło do takiej zabawnej pomyłki. „Uważam, że ta anegdotka świetnie ilustruje ogólne założenie naszego filmu: posługując się językiem kina i grą aktorską, a więc narzędziami do tworzenia fikcji, odtwarzamy emocjonalną prawdę o tragicznej oraz inspirującej historii Sławka Sikory. Bartek, choć znacznie od Sławka wyższy, jest faktycznie do niego podobny. Ma także w sobie coś, co w odpowiednich warunkach sprawia, że mimo iż go nie naśladował, stał się Sławkiem. Być może właśnie to coś sprawiło, że wybraliśmy go na castingu, być może to coś, co nabył w trakcie przygotowań do roli. Nie wiem, trudno jednak zaprzeczyć, iż stworzył w Moim długu kreację bardzo ciekawą i zaskakująco wierną prawdzie”.

 

ODPOWIEDNI LUDZIE NA ODPOWIEDNICH MIEJSCACH

„Sławuś, tu nie ma miejsca na przyjaźnie (…) Żeby przeżyć, nie możesz ufać nikomu!” Hektor (Piotr Stramowski), „Mój dług”)

Choć głównym bohaterem filmu jest Sikora, a wcielający się w niego Bartosz Sak pojawia się w zasadzie w większości filmowych scen, jedną z największych sił Mojego długu są pamiętne role drugoplanowe, dzięki którym widz nabiera szerszego oglądu tego, co dzieje się na ekranie. Świetną kreację stworzył między innymi Piotr Stramowski, który wcielił się w Hektora, byłego zabijakę z Legii Cudzoziemskiej. Hektor trafił do więzienia, gdyż zgodził się pomóc kumplowi w wyegzekwowaniu spłaty zaległego długu od jakiegoś biednego biznesmena, lecz doszło do tragicznej w skutkach bójki – i Hektor znów zabił. Mimo, że charyzmatyczny mężczyzna bardzo przypomina Sikorze Grzegorza G., nasz bohater nawiązuje z nowym więźniem nietypową więź, niemalże przyjacielską, która zostaje wystawiona w warunkach więziennych na niejedną próbę. 

„Muszę przyznać, że nie wyobrażałem sobie nikogo innego w tej roli i nie wiem, co bym zrobił, gdyby Piotr odmówił”, wspomina Bogusław Job. „Hektor to klasyczny więzienny twardziel, a Piotr stał się w ostatnich latach specjalistą w graniu takich postaci. Jednocześnie Hektor skrywa w sobie coś nieoczywistego, jest silny, męski, bezczelny, ocieka testosteronem, ale potrafi też być zaskakująco kruchy. No i oczywiście Piotr potrafi się świetnie bić, więc nie potrzebował dublerów w najbardziej wymagających scenach kaskaderskich”, wspomina Bogusław Job. „Nie znałem go wcześniej, ale polubiliśmy się w zasadzie na dzień dobry”, podkreśla Bartosz Sak. „Mieliśmy frajdę przebywając ze sobą na planie . To dodaje otuchy i czujesz się swobodniej”. 

Sak podkreśla, że w przełamaniu się pomogła mu także Olga Bołądź, która zagrała postać Ewy, brawurowej działaczki na rzecz praw człowieka i założycielki fundacji „Ludziom na ratunek”, która podejmuje się wyciągnięcia Sikory z więzienia. To właśnie dzięki jej staraniom udaje się kontynuować internetową petycję, którą na przepustce rozpoczął Hektor – i to jej upór oraz wiarą w sukces kampanii społecznej trzymają bohatera przy życiu w ostatniej części filmu. „Olgę poznałem pierwszego dnia na planie, tuż po pierwszym spotkaniu ze Sławkiem Sikorą”, wspomina Sak. „Na początku zdjęć wszyscy się rozkręcaliśmy i ja też. Mieliśmy z Olgą scenę, która miała kilka znaków zapytania. Nie byłem pewien kierunku, a wiedziałem, że jakość i sens tej sceny determinuje kolejne. Tuż przed ujęciem poszliśmy z Olgą na papierosa, wyczuła moją niepewność i od serca podarowała mi koleżeńską mowę motywacyjną, która bardzo mi pomogła tego dnia i właściwie na cały okres zdjęć”.

Producent również nie szczędzi aktorce pochwał. „Wiem, że się powtarzam, ale Olga ma w sobie to coś, podobnie jak reszta naszej obsady. Jest piękną kobietą, wspaniałym człowiekiem i absolutnie wszechstronną aktorką, która zagra wszystko i zawsze świetnie w tym wypadnie”, tłumaczy z emfazą producent filmu Bogusław Job. „Ewa pojawia się na ekranie dopiero w drugiej połowie filmu, ale jest postacią bardzo ważną, bo staje się dla Sławka opoką, której ten potrzebuje, gdy zaczyna powoli tracić nadzieję, że kiedykolwiek wyjdzie z więzienia. Jej wewnętrzna siła i bezkompromisowość w walce o swe przekonania przypominają naszemu bohaterowi, że też taki jest, że jego walkę o godność i przetrwanie też napędza miłość do siebie oraz drugiego człowieka. Olga zagrała to w sposób naturalny, niewymuszony. Była cudowna”.

Grzegorza, zuchwałego bandytę, którego nieustępliwość doprowadziła Sikorę i jego kolegę do ostateczności, zagrał Marcin Januszkiewicz, kolejne castingowe odkrycie Joba. Aktor pojawia się w kilku zaledwie scenach, jednak w każdej emanuje frustrującą pewnością siebie, a w jego oczach kryje się groźba. „Był fenomenalny, ta rola to jego przepustka do sławy”, komentuje producent. „Ma ogromną charyzmę i kapitalnie gra oczami, twarzą, ruchem i gestem. Widzowie będą go pewnie porównywać do Gerarda Andrzeja Chyry z Długu, ale to zupełnie inna postać”. Sak również docenia trafny dobór Marcina do roli Grega. Przyznaje też, że na planie widzieli się krótko. „Intuicyjnie nie nawiązywaliśmy jakiejś szczególnej relacji”, mówi. 

Ostatnią ważną postacią drugiego planu jest Agata, narzeczona Sikory, której bliscy zabraniają odwiedzania go w więzieniu. W skonfliktowaną wewnętrznie dziewczynę wcieliła się Anna Karczmarczyk. „Ania była wspaniała, gdyby nie ona, nie udałoby nam się ukazać kruchej więzi między Sławkiem i Agatą, która trzyma go przy życiu w pierwszej części filmu”, mówi Sak. „Poznaliśmy się, jadąc na plan do Kalisza. Puszczaliśmy sobie ukochane piosenki, a potem rozmawialiśmy o nich. Wiedzieliśmy, że będziemy grać sceny intymne, dlatego postawiliśmy na szczerość i emocjonalną otwartość, żeby dobrze się ze sobą czuć”. Job dodaje, że szukali „zjawiskowej dziewczyny, która wnosiłaby powiew świeżości za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Ania nie miała aż tylu okazji, by pokazać swój talent, ale zagrała wszystko doskonale”.

 

WSZYSCY JESTEŚMY POTENCJALNYMI WIĘŹNIAMI

„Ja nie chcę unikać kary. Dobrze wiem, co zrobiłem. I chcę zapłacić mój dług…” Sławomir Sikora (Bartosz Sak), „Mój dług” Tytułowy Mój dług można interpretować na różne sposoby, nie tylko w sensie finansowym, ale też metaforycznym, związanym z pojęciami zbrodni i kary, z odkupieniem win. Twórcy filmu chcieli, żeby ten film był nie tylko o Sikorze, lecz żeby pokazywał także mroczną rzeczywistość polskiego systemu więziennictwa lat 90. Żeby coś zmieniał. Film rozpoczyna się od aresztowania Sikory w 1994 roku, kończy jego ułaskawieniem dziesięć lat później. W tym czasie przebywał w ponad stu celach, na kilkunastu oddziałach, w kilku więzieniach w Polsce. Widział na własne oczy handel narkotykami, tolerowanie samosądów, gwałtów, przemytu zakazanych przedmiotów, artykułów, telefonów. A przede wszystkim fakt, iż większość osadzonych w tamtych latach więźniów nie miała szans na realną resocjalizację – w więzieniu zostawali na zawsze złamani.

„W więzieniach przebywa obecnie około dziewięćdziesięciu tysięcy ludzi. Proszę mi wierzyć lub nie, ale jest ich około siedemdziesięciu tysięcy za dużo, gdyż zbyt wiele osób trafia tam za naprawdę drobne przestępstwa”, opowiada producent  Bogusław Job. „Powinni pracować przy robotach publicznych, aktywnie spłacać dług społeczeństwu, zamiast siedzieć w więzieniach. W Polsce jest za mało kar poza więziennych. W efekcie więzienni psycholodzy zajmują się tylko papierologią, a młodzi ludzie traktują więzienie jak szkołę przestępczości i są tam wciągani do grup przestępczych. Więzienia nie resocjalizują, lecz doskonalą kolejne rzesze przestępców. Dwa tysiące złapanych na jeździe po pijaku rowerzystów odsiaduje swe wyroki w celach. Uczą się tego, czego jako społeczeństwo na pewno nie chcielibyśmy, by się nauczyli”.

„W więzieniu powinno się urzeczywistniać prawo”, komentuje Sikora. „Zawsze powtarzam przewrotnie, że trafiłem do więzienia nie dlatego, że zabiłem, ale dlatego, że złamałem prawo. Tak, byłem ofiarą i nikt nie chciał mi pomóc, lecz złamałem prawo i w konsekwencji zostałem skazany”, podkreśla Sikora. „I tu zaczynają się schody, bo ja w żadnym więzieniu nie czułem, aby prawo się tam urzeczywistniało. 90% wychodzących w moich czasach na wolność więźniów to psychopaci stworzeni przez system. Ja wychodziłem pokaleczony, ale byłem też uzbrojony w miłość i wiarę dziesiątek tysięcy ludzi. I przetrwałem. Mój dług naświetla mocno więzienne patologie. To mój krzyk rozpaczy: patrzcie, co działo się za tymi murami. Patrzcie i reagujcie, bo ludzie, którzy tam trafiają, stają się jeszcze większym zagrożeniem dla otoczenia”.

„Chciałbym też, aby po obejrzeniu tego filmu widzowie uzmysłowili sobie, że wcale nie są tak daleko od więziennych krat, jak im się wydaje”, tłumaczy Sikora. „Wszyscy żyjemy w swoich własnych, oswojonych światach i wydaje nam się, że jesteśmy panami i paniami życia, że jak się będziemy dobrze pilnować i klepać pięknie różaniec to nic nam się nie stanie, to będziemy bezpieczni. Wierutna bzdura. Mnie też wydawało się, że jestem panem życia. Po czym dostałem nauczkę, którą chcę się z wszystkim podzielić. Trzeba uważać, z kim się zadajemy i spotykamy, pewnie, że tak. Ale należy mieć również świadomość, że wszystkiego kontrolować się nie da. Chciałbym, żeby widz, który wybierze się do kina, wysnuł refleksję nad samym sobą, docenił własną wolność i zrozumiał, że dosłownie każdego dnia może ją stracić”. 

„Przez ostatnie lata wykładam na studiach zaocznych i nie próbuję nawet ukrywać, kim jestem. Dochodzi nierzadko do bardzo ciekawych dyskusji i wymian poglądów, a ja chętnie się w nie włączam, bo uważam, że mam coś interesującego do przekazania młodym umysłom”, kontynuuje Sikora. „Jakoś tak wychodzi, że bardzo często słyszę w pewnym momencie: Mnie by się to nie przydarzyło. I już wiem, że czeka mnie trudna przeprawa. No więc pytam, ilu z nich ma prawo jazdy. Przeważnie większość podnosi ręce do góry. No to mówię, że w takim razie każdy jest potencjalnym kryminalistą. Dziwią się. Jak to? Nie dlatego, że któryś będzie jechał po pijaku. Wystarczy, że kierowca straci kontrolę nad samochodem, bo pękła gdzieś jakaś linka lub nie dostosował prędkości, wjedzie w przystanek, zabije kilka osób. I co? I więzienie. I tragedia”. 

„Nastaje wtedy cisza, widzę, że moja mało subtelna analogia, ta lub jakaś inna, bo korzystam z kilku różnych, trafia do nich, do ich wyobraźni. Bo przecież taka jest prawda. Wystarczy jedna sekunda i wszystko się zmienia”, opowiada Sikora. „To z samochodem działa jednak bardziej na mężczyzn. Kobiety patrzą na mnie wzrokiem Jak pan mógł zabić drugiego człowieka?! To pytam, ile z nich jest matkami, i ile chciałoby matkami zostać. Przeważnie jest to większość. No to dorzucam: Moje drogie panie, a co byście zrobiły, gdyby na waszych oczach ktoś chciał odebrać życie waszemu dziecku? Działa, wiele przyznaje, że jeśli by trzeba było, to by pewnie zabiły. Do czego zmierzam? Do tego, że w takim wypadku nikt nie chciałby trafić do więzienia, w którym prawo jest tylko zbiorem słów, które respektuje się całkowicie wybiórczo”.

„Być może teraz coś się zmieniło, lecz ja zapamiętałem pudło jako miejsce, w którym bardzo trudno ostać się normalnym, bo po prostu brak na to przestrzeni”, konkluduje Sikora. „Trafiłem do więzienia w wieku 29 lat i przetrwałem w nim całą dekadę. Dziesięć lat. Odsiedziałem 3690 dni. Straciłem tam być może najlepsze lata swojego życia. I wiem, że nigdy nie będę już taki sam. Chyba właśnie dlatego nie potrafię usiedzieć w miejscu, dlatego chcę pomagać innym, pisać książki, kręcić filmy. Słuchać tych, którzy czują się niesłuchani. Nadrabiać stracony czas z moją rodziną i zarazem spłacać ten mój dług, który zaciągnąłem nie z własnej winy, ale który zawsze będzie moim brzemieniem. Czy wszyscy postąpiliby podobnie? Nie. Czy wszyscy przetrwaliby więzienie? Warto o tym raz na jakiś czas pomyśleć”.

 

POZOSTAĆ CZŁOWIEKIEM

„Wszędzie zostawiasz cząstkę siebie (…) W końcu znikniesz całkiem. Pytanie tylko, kto będzie po tobie płakał…” Sławomir Sikora (Bartosz Sak), „Mój dług”

„Mój dług” można odbierać na różnych poziomach, ale jednym z najważniejszych jest to piękne w swej prostocie przesłanie: od zezwierzęcenia i łamania prawa uratować może tylko miłość. Drugi człowiek. Więc bądźmy ludźmi, nawet w najgorszych i najtrudniejszych sytuacjach, w chwilach, które nas przerażają, przytłaczają, przybijają. W chwilach cierpienia, o którym pisał Dostojewski, w chwilach katorgi, o której rozprawiał Herling-Grudziński, w chwilach próby, o których opowiadają twórcy „Mojego długu”. „Wierzę w wolność i naprawę błędów”, mówi Sikora. Widziałem na własne oczy, że można siedzących w zamknięciu ocucić, wzmocnić, sprawić, by im się chciało. Chciałbym, żeby ten film wywołał oburzenie, smutek, ale i nadzieję. Żeby zachęcił, by raz na jakiś czas zatrzymać się i wyciągnąć wnioski. Żeby próbować”.

Bartosz Sak dorzuca, że chciałby, żeby „Mój dług” był dla każdego widza czymś trochę innym, ale też łączył wszystkich we wspólnym przeżywaniu emocji. „Obraz filmowy działa na każdego inaczej. Ktoś się w tym przejrzy jak w lustrze, ktoś inny odrzuci, ale chciałbym, żeby nasz film zostawił po sobie coś dobrego”.

„Zrobiliśmy ten film dla przestrogi przed łamaniem prawa. Chcieliśmy pokazać rzeczywistość więzienną, bagno, które wciąga człowieka na zawsze, jeśli ten nie będzie w stanie się z niego wyrwać. I to jest moje przesłanie do widzów: żyjcie zgodnie z prawem”, mówi Bogusław Job. „Ale Mój dług to także historia, która ma dawać nadzieję, że dzięki sile ducha, marzeniom, wytyczaniu celów można przezwyciężać przeciwności losu, pokonywać ograniczenia”, dodaje Andrzej Sobek. „Niech ten film będzie przyczynkiem do ważnej debaty publicznej, ale niech przede wszystkim będzie uniwersalnym filmem o nadziei. Bo prawda jest taka, że mimo iż opowiadana w nim historia jest osadzona w bardzo konkretnej rzeczywistości, w konkretnym czasie, ukazywane emocje i refleksje będą zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną”. 

Czytany 348 razy Ostatnio zmieniany piątek, 18 luty 2022 23:07

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama