cinema.pl Artykuły

środa, 15 czerwiec 2022 18:49

Utkany z hitchcockowskich motywów thriller

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Już od najbliższego piątku w kinach „Sekret Madeleine Collins” – utkany z hitchcockowskich motywów thriller, z mistrzowsko rozwijającą się i zaskakującą niespodziewanymi zwrotami historią, która zachwyciła widzów i krytyków festiwalu w Wenecji.

 

W roli głównej Virginie Efira, która tak opowiada o pracy na planie:

Rzadko zdarza się, że otrzymuję tak genialnie napisany scenariusz, który jest tak idealnie skrojony w swoim gatunku: z niemal matematyczną precyzją każda scena dodaje coś nowego na temat tajemniczej osobowości, której złożony charakter stopniowo odkrywamy, choć może się wydawać, że nie wszystkie elementy do siebie pasują. Historia przypomina thriller, jednak pełna jest powracających pytań: co to znaczy być prawdziwie sobą? czy to, kim jesteśmy, zbudowane jest wyłącznie z historii naszego życia? jak to się dzieje, że jesteśmy, kim jesteśmy? itp. Jednym z moich ulubionych filmów ostatnich lat jest Zaginiona dziewczyna Davida Finchera: historia jest intrygująca i zawiera szerszą oraz transgresyjną analizę intymności i społecznego wizerunku pary. We francuskim kinie zwraca się większą uwagę

na wierność gatunkom filmowym, a ten scenariusz był być może pierwszym, jaki otrzymałam, który to naruszył.

 

Czy czułaś, że rola, którą dostałaś w tym filmie, to rola, której nigdy wcześniej nie zagrałaś?

Jeśli coś cię interesuje, to zwykle dlatego, że pozwala ci eksperymentować z czymś nowym lub wydaje ci się intrygujące. Mam też poczucie, że wszystkie postaci, które zagrałam, mogłyby się ze sobą dogadać. Bohaterka „Sekretu Madeleine Collins” ma coś wspólnego

z Sibyl. Jednak to wszystko jest podświadome: nie myśli się o postaciach, które się wcześniej zagrało lub których się nie zagrało. W przypadku tej postaci znalazłam temat, który mnie interesuje: złożona tożsamość, której zewnętrzne warstwy są stopniowo zdejmowane,

a wyłaniająca się postać nie wie, co ma jeszcze do zaoferowania, a potem znów się odbudowuje. Jak do tej pory często grałam przeciwne role: kobiet, które się załamują, potem potrafią się pozbierać, przez co stają się silniejsze. W przypadku Judith było inaczej: początkowo wydaje się silna, po czym stopniowo traci swoje oparcie. Musi wtedy odnaleźć nowy sposób, żeby być Judith.

 

Jak można przygotować się do takiej roli jak Judith?

Nie chciałam, żeby Judith od samego początku wydawała się inna lub tajemnicza. Otacza ją pewien rodzaj odurzenia. To estetyczne i emocjonalne odurzenie, które wiąże się z historią, którą o sobie opowiada: udało jej się ukryć tajemnicę, może być z tego dumna, to nie jest coś, co zwykle robią kobiety. Początkowo jest w niej pewna nonszalancja. Jest w kochającym związku po jednej stronie i w kochającym związku pod drugiej stronie, i jak na razie nie potyka się. Potem, kiedy historia się rozwija, pojawia się bezbronność. Musiałam to wyczarować znikąd. W przypadku takiej roli trzeba również zgodzić się na to, że będzie się drążyło we własnym wnętrzu, więc trzeba być bardzo otwartym na różne pomysły. Pomogły mi różnorodne utwory muzyczne: na przykład płyta Daft Punk, dzięki której moja postać nabrała energii i impetu, jakby była zdolna przebijać ściany. Pamiętam, że słuchałam muzyki Bernarda Herrmanna do filmu „Zawrót głowy”. Nie słuchałam tych utworów na planie. Nie należę do osób, które na planie się odcinają. Przyjeżdżałam na plan z tym wszystkim w głowie: muzyką, wspomnieniami filmów, twarzy, emocji, zapomnianymi myślami. Potem starałam się być otwarta na wszystko, co się działo, oraz otwarta na moich partnerów. Chłonęłam różne rzeczy, których nie potrafię teraz wyjaśnić, a efekt nie zawsze był taki, jak planowałam.

 

Judith jest nieustannie w drodze. Czy swój występ oparłaś na takiej energii, na ruchu?

Tak, to osoba, która ciągle się spieszy. Jest w ruchu, zawsze musi dokądś gnać. Jest pragmatyczna. Pakuje walizkę. Kiedy dojeżdża na miejsce, rozpakowuje się. Rozmawia, szykując sobie kanapki. Dzięki temu każda scena jest żywa. Wielozadaniowość to jedna z podstawowych kobiecych cech. Jako kobieta Judith troszczy się o dom – a nawet o dwa domy! – i równocześnie pracuje zawodowo. Jej hiperaktywność to równocześnie maska.

Nie potrafi być sama ze sobą. Kiedy ma się zatrzymać i pomyśleć o sobie, wszystko się rozmazuje. Jest jak ktoś, kto jest na środku jeziora i stara się dopłynąć do brzegu.

 

Czy któreś sceny były trudniejsze do zagrania niż inne?

Partnerowali mi wspaniali aktorzy, który wcielili się w role moich dwóch mężów, jak również młody aktor grający starszego syna Judith. Był niesamowity. Kiedy razem pracowaliśmy,

z każdym z aktorów wytwarzało się coś innego. Antoine Barraud zostawiał nam dużo swobody. Jest bacznym obserwatorem i lubi czekać, co aktorzy wniosą do danej sceny. Nigdy nie tłumaczy, jak chce, żebyśmy przeszli z punktu A do punktu B, a niektórzy reżyserzy to robią. Skoro nie było jasnego punktu B, nawet jeśli wie się, o czym opowiada dana scena, sposób dojścia do tego punktu był nieco różny przy każdym ujęciu. Antoine dał nam wolność zanurzenia się w nieznanym. Jeśli podświadomie robiliśmy coś dobrze lub źle, to nie miało znaczenia. Czasami trzeba przestać myśleć o tym, żeby robić to, co właściwe… Dla mnie najtrudniejsze były te sceny, które wymagały ode mnie złości i przemocy. Dużo włożyłam

w te sceny, dawałam z siebie wszystko, jak gdyby zależało od tego moje życie. Moje reakcje przypominały zachowanie nastolatki, a moje ciało przez to cierpiało. Powinnam pewnie trochę się uspokoić.

 

Judith jest dokładnie taka, jak chcą Abdel i Melvil. Czy podróż, którą podejmuje,

to podróż emancypacyjna, wyzwalająca?

Być może, ale w pomyśle Judith, aby samej stworzyć kilka osobowości, jest już zalążek wolności. Odpowiadanie na różne oczekiwania zawsze sprowadza się do tego samego: daję z siebie to, czego inni ode mnie oczekują. Być może Judith myli się co do tego, czego się od niej oczekuje… Tak czy inaczej, kiedy pracowałam nad tą postacią, dostrzegłam w niej poświęcenie: nawet kiedy Judith kłamie, zawsze jest całkowicie obecna w danej chwili. Zawsze szczerze troszczy się o innych, czy to o mężów, czy też o dzieci.

 

Reżyser Antoine Barraud zasugerował, że Judith jest jak aktorka, ponieważ aktorstwo to kłamstwo…

To przypomina mi stwierdzenie Cocteau, który powiedział, że „poeta to kłamca, który zawsze mówi prawdę”.

Czytany 88 razy Ostatnio zmieniany środa, 15 czerwiec 2022 18:53

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama