|
Gdy Bóg stracił wiarę w człowieka ostatnim razem, zesłał potop. Teraz posłał... "Legion". Ta parafraza jednego z cytatów z filmu doskonale go obrazuje. To po prostu klęska.
Dzieło Scotta Stewarta to kolejna apokaliptyczna opowieść. Tym razem wrogiem są anioły, które opanowując ludzi, zmieniają ich w krwiożercze zombiepodobne monstra. Michał, upadły anioł, który sprzeciwił się rozkazom najwyższego, nazywa rzecz po imieniu. To eksterminacja. Szansą na wybawienie jest pewne nienarodzone dziecko.
Z pozoru wdzięczny, niebiańsko-piekielny obraz nie ma w sobie choćby krzty rozmachu, finezji czy mistycyzmu, które w przypadku takiego dzieła są niezbędne. Mamy za to staruszkę biegającą po suficie, dziecko przemawiające głosem demona czy eksplodujące na słońcu ukrzyżowane ciało. A do tego sporo krwi, mnóstwo strzelania, kilka heroicznych gestów i słabiutko prowadzoną akcję. Twórcy bardzo nieudolnie, posługując się wyświechtanymi frazesami, próbują nas oświecić i pokazać, do czego możemy doprowadzić nasz rodzaj. W kontraście z hordą morderczych stworów i typowo horrorowych tricków, robi się z tego ciężko strawna karykatura. Owszem, kilka scen robi wrażenie, sam pomysł może i nie był najgorszy, ale połączenie "boskiego fantasy" z współczesnym filmem grozy, okazało się dla Stewarta zbyt trudne.
Ani to straszne, ani fascynujące, ani choćby kontrowersyjne, za to naciągane i schematyczne. Nie spodziewałam się natchnienia czy głębi, tylko dobrej rozrywki. Niestety, "Legion" nawet takich oczekiwań nie spełnia.
Joanna Moreno | UIP
|
Comments
RSS feed for comments to this post.