cinema.pl Wywiady

środa, 30 sierpień 2017 11:52

Praca w teatrze jest fundamentem tego zawodu - Krzysztof Kwiatkowski dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

W ostatnim=, wiosennym sezonie telewizyjnym dołączył do ekipy serialu "M jak miłość", w Polsacie widzowie mogli podziwiać różne wcielenia aktora w programie "Twoja Twarz Brzmi Znajomo". Inne seriale to "Pierwsza miłość", "Na dobre i na złe" czy "Hotel 52". Krzysztofa Kwiatkowskiego można regularnie spotkać w Teatrze Polskim w Warszawie oraz w Teatrze Stu :) Mieliśmy z Krzysztofem i porozmawiać o teatrze, pracy w TV ...

Подробнее на сайте: http://gromder.nethttp://collect-computer.ruhttp://collect-pc.ruhttp://hardcomputer.ru http://run-pc.ruhttp://pythonlearn.ruGo to top of page http://pro-java.ruhttp://python-3.ruhttp://codingway.ru http://build-biz.ru https://themes-wp.orghttp://computermonster.ruhttps://python-scripts.com
http://live-code.ruhttp://hightechcomp.ru

 

Praca w teatrze jest fundamentem tego zawodu - Krzysztof Kwiatkowski dla cinema.plWłaśnie wróciłeś z prób…

Zgadza się. Wróciłem z prób do spektaklu w teatrze STU pt. „Wiedźmy” wg Szekspira. Pracowaliśmy nad nim na Mazurach w posiadłości reżysera i dyrektora Teatru STU - Krzysztofa Jasińskiego. W wakacje dyrektor ma zwyczaj tam próbować, przygotowywać spektakle, które potem są szlifowane w Krakowie.

Jak powiedział klasyk, takie przyjemne z pożytecznym.

Dokładnie. Wydaje mi się, że wtedy najlepiej się pracuje, ponieważ przez cały dzień bardzo intensywnie próbujemy, a wieczorem, gdy nie ma prób, mamy czas dla siebie. W niespełna 10 dni, kiedy się ma wszystkich aktorów do pełnej dyspozycji, można z grubsza zarysować cały spektakl. Po tych kilku dniach wyjeżdżamy i każdy z nas z tym spektaklem zostaje sam na sam. Myślę, że to bardzo dobra sytuacja, ponieważ znamy główny zamysł reżyserski i inscenizacyjny, a także mamy chwilę czasu, aby przemyśleć swoją rolę w całym przedsięwzięciu. Potem spotykamy się w Krakowie na próbach generalnych.

Jak Wam się udało spotkać? Jesteśmy w trakcie wakacji, niektórzy maja tez inne zajęcia zawodowe…a tu wyjazd na kilka dni.

Bardzo dużym plusem organizacji pracy w Teatrze STU jest fakt wcześniejszego ogłaszania repertuaru na cały następny sezon teatralny. Podobnie jest z harmonogramem prób oraz warsztatów i obozów. W związku z tym aktorzy nie mają większych problemów z zaplanowaniem i skoordynowaniem swojej pracy  w STU z pracą w ramach innych przedsięwzięć artystycznych. Tak było również w tym przypadku. Już rok temu wiedziałem, że będę musiał zarezerwować dziesięć dni w sierpniu na próby do „Wiedźm”.

Jesteś aktorem młodego pokolenia, kończyłeś szkołę w Krakowie, z której wyszło wielu znanych ciekawych aktorów. Wystartowałeś z serialem „Hotel 52”. Co Tobie dała szkoła?

Każdy z pedagogów w szkole teatralnej miał swoją wizję i prowadził nas jak potrafił najlepiej. Ja starałem się wyciągać z moich profesorów jak najwięcej. Byłem zachłanny na ich wiedzę i wszelkie wskazówki dotyczące zawodu. Wiele rzeczy życie w późniejszym czasie zweryfikowało. Wiele spostrzeżeń się potwierdziło. Mimo wszystko młody aktor uczy się najwięcej, kiedy skończy już szkołę teatralną. Myślę, że krakowska szkoła daje odpowiednie narzędzia do tego, aby później radzić sobie na dowolnej płaszczyźnie pracy artystycznej. Daje solidne podstawy do pracy w teatrze i filmie. Najwięcej jednak doświadczenia zdobywamy „w praniu”: w trakcie regularnych prób, przed kamerą, czy w studiu radiowym. Ja tuż po dyplomie znalazłem się na planie serialu „Hotel 52”. I była to dla mnie fantastyczna szkoła aktorstwa filmowego w gronie wspaniałych polskich aktorów. Bezcenne doświadczenie.

Wspomniałeś o pedagogach. To jest chyba też siła tej szkoły…

Przez ostatnie lata nastąpiła pewna rotacja, wiele się pozmieniało. Dorota Segda została Rektorem, więc na pewno będzie wprowadzała nowe, świeże pomysły, interesujące idee. Dostałem się do dwóch szkół: w Krakowie i Wrocławiu i zdecydowałem się na Kraków właśnie ze względu na kadrę pedagogiczną. Mogłem się spotkać z aktorami, którzy są czynni w zawodzie, którzy są wielkimi, wybitnymi nazwiskami i którzy swoje metody sprawdzili w praktyce. To było dla mnie bardzo ważne.

Kraków jest bardzo fajnym, też kulturalnym miastem. Jakie były początki w stolicy?

Mam taką specyficzną cechę, że lubię duże miasta i zawsze mnie do nich ciągnęło. W Krakowie mieszkałem od urodzenia, więc kończąc szkołę teatralną chciałem jak najszybciej zmienić miejsce zamieszkania. Dostałem możliwość debiutu w warszawskim Teatrze Studio i od tego momentu pozostałem w stolicy.

To chyba Ty powiedziałeś w jednym z wywiadów, że Kraków jest taki zamknięty. Szczególnie pod kątem artystycznym wszyscy wszystkich znają…

Dokładnie. Krakowskie środowisko teatralno-filmowe jest dosyć małe. Wszyscy się dobrze znają, każdy jest na bieżąco z wydarzeniami kulturalnymi, premierami, nowymi przedsięwzięciami artystycznymi.   Możliwość przeprowadzki do Warszawy pojawiła się dla mnie w idealnym momencie.  Kończyłem właśnie studia i rozpoczynałem nowy etap w swoim życiu. Stolica jest dla mnie idealnym miejscem, aby rozwijać swoje umiejętności. Co nie oznacza, że nie wracam już do Krakowa. Pracuję również w Teatrze STU i w tym miejscu można mnie zobaczyć w Krakowie najczęściej.

Skończyłeś szkołę teatralną, a czym jest dla Ciebie scena?

Uważam, że praca w teatrze jest fundamentem tego zawodu. Scena jest pewnego rodzaju sprawdzianem dla każdego aktora. Czasami sobie tak myślę o teatrze, jak mówią Amerykanie, że „jesteś tak dobry, jak ostatnia rzecz, którą zrobiłeś”. Teatr jest dla mnie pewnym weryfikatorem etapu, na którym aktualnie się znajduję. Jeżeli mam szansę pracować nad czymś nowym, to czuję, że się rozwijam, ale też uważnie obserwuję, w jakiej formie jestem w danym momencie.
A czym była gra w serialu. Młody aktor, od razu po szkole... Pamiętasz początki?
Miałem duże szczęście, że trafiłem pod skrzydła reżysera Grzegorza Kuczeriszki, gdzie przeszedłem  fantastyczną szkołę gry przed kamerą. Przez cztery lata przygody z „Hotelem 52” byłem zafascynowany różnorodnością filmowych środków aktorskich, których mogłem używać w dowolny sposób. Z kolei nie myślałem o jakiejkolwiek popularności, nie miałem też czasu na zachłyśnięcie się światem showbiznesu. Miałem bardzo dobrze rozpisaną rolę, ciekawy materiał, nad którym mogłem pracować. To było dla mnie najważniejsze.

Aktualnie jest serial „M jak miłość”, czy „Na dobre i na złe”. Podejrzewam, że są to seriale, na których się wychowałeś…Praca w teatrze jest fundamentem tego zawodu - Krzysztof Kwiatkowski dla cinema.pl

Pamiętam gdy wracałem ze szkoły, plecak szedł gdzieś w kąt, włączałem telewizor i oglądałem przeróżne seriale. W niedziele zaś „Na dobre i na złe”. Teraz się okazuje że dołączam do kolejnych kultowych już produkcji. To są wielkie rodziny, bardzo mocno zgrane organizmy, w które z jednej strony nie łatwo się wchodzi, ponieważ jesteś osobą z zewnątrz, ale z drugiej – jeżeli aktorowi uda się wejść w te tryby, to później jest już łatwiej. Aktorzy z wieloletnim stażem przekonują się do Ciebie i w pewnym momencie zostaje się członkiem tej rodziny.

A jak wchodzisz w rolę? Trzymasz się scenariuszy sztampowo?

W przypadku seriali, np. „M jak miłość”, staram się na początku pracy proponować swoją konkretną koncepcję roli. Jest to dobry punkt wyjścia dla reżysera, który może korzystać z moich pomysłów lub proponować inne rozwiązania, zgodnie ze swoją wizją inscenizacyjną. Ja zawsze bardzo lubiłem taką twórczą współpracę. Reżyser zwykle odpowiada za konkretne odcinki w serii, w związku z tym ma trochę szersze spojrzenie na postacie w serialu. Wie na przykład, jak dana postać
będzie się zgrywała z pozostałymi bohaterami serialu. W tych kwestiach zazwyczaj staram się ufać reżyserowi.

Ale w ogóle skąd pomysł na ten zawód?

Znałem trochę ten świat artystyczny, ponieważ mój ojciec pracuje w tej branży. Jest producentem muzycznym, a w latach 80-tych produkował niezliczone koncerty, kabarety, kabaretony, więc trochę od kuchni „liznąłem” tego zawodu i tego środowiska. Z kolei kiedy chodziłem do szkoły podstawowej czy gimnazjum, brałem udział w konkursach recytatorskich, teatrach jednego aktora, amatorskich spektaklach. Sprawdzałem czy to ma sens. W jakimś stopniu mnie to interesowało, lubiłem to, sprawiało mi to frajdę. Próbowałem również innych rzeczy: sport, dziennikarstwo, które było moim planem B. Musiałem w końcu odpowiedzieć sobie na pytanie, co sprawia mi największą satysfakcję. Padło na aktorstwo.

Mówisz, że z zżyciem artystycznym miałeś do czynienia od najmłodszych lat. Twoi rodzice nie polecali Ci czegoś innego?

Zostawili mnie i mojej siostrze, która też jest aktorką, wolną drogę. Ja też z pełną świadomością zaryzykowałem. Wiedziałem, że dużo zależy od szczęścia, ważne aby znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie. Wiedziałem, że może być ciężko, nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Skończyłem szkołę teatralną, w której pracowałem najintensywniej jak mogłem, ale nie wiedziałem co się wydarzy. Kilka osób pod koniec studiów dostało się do różnych teatrów krakowskich, ale dla większości przyszłość była niewiadomą.

Wspomniałeś o szczęściu, a co jest jeszcze ważne w tym zawodzie?

To jest trudne pytanie. Wydaje mi się, że to co my robimy jest tak nie wymierne, że nie da się znaleźć jakichś pewnych odpowiedzi. Myślę, że jest wiele części składowych, dzięki którym można przetrwać w tym zawodzie: talent, umiejętność ciężkiej pracy, pewność siebie, ale z drugiej strony też pokora. Nie da się określić konkretnie. Można tylko zadawać pytania.

A na castingi chodzisz?

Chodzę cały czas. To jest większa część mojego zawodu.

Pytam, ponieważ Małgosia Szumowska powiedziała, że nie lubi castingów, są bardzo uwłaczające chociażby aktorom. Z drugiej strony wydaje mi się, że są to ciągłe rozmowy o pracę…

Rzeczywiście jest to coś na wzór rozmowy o pracę. Nie zawsze jednak. Bywają przesłuchania, na których nie ma reżysera, ale jest obecny reżyser castingu lub obsady, a sam casting jest rejestrowany i dopiero później reżyser przegląda nagrania. Są różne rodzaje castingów. Starałem się  do nich przyzwyczaić, jest to pewien element mojej pracy. Faktycznie można to porównać do rozmowy o pracę, którą każdy z nas przechodzi. W naszej branży są one częstsze. Wiem, że aktorzy ciężko znoszą castingi, ponieważ nagle trzeba wejść do sali, gdzie nikogo się nie zna i trzeba zagrać często wymagającą scenę. To jest trudne i nie od razu człowiek osiąga to, co by chciał osiągnąć. Często z takiego przesłuchania wychodzi się z mieszanymi uczuciami, ponieważ mamy świadomość, że mogliśmy to zrobić lepiej.

A potem wyrok. Czy się udało czy nie.

Ja mam taką swoją zasadę, że jak wychodzę z castingu, to zapominam o nim.

Wspomniałeś na początku, że Twój tata, Leszek Kwiatkowski, jest producentem muzycznym, więc przejdźmy na tą muzyczną stronę mocy. Porozmawiajmy o programie „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”. To już za Tobą, ale chyba nadal sprawa świeża…

Program cały czas jest we mnie. To są takie 3-4 miesiące wyjęte z życia, okres niezwykle intensywnej pracy. Codzienne próby wokalne, choreograficzne, aktorskie spowodowały, że mocno zintegrowałem się z ekipą tworzącą program. Ciężko było się rozstać, ale wiem, że ta przygoda pozostanie na długo w mojej pamięci.  Myślę, że jest to świetna okazja dla każdego aktora, który chce sprawdzić się w takim formacie show telewizyjnego.

Wydaję mi się, że było też wyzwanie aktorskie.

Tak, ja do tego podszedłem jak do wyzwania stricte aktorskiego. Każdą postać traktowałem jako osobną etiudę, scenkę śpiewaną do zagrania. Tak sobie założyłem i w ten sposób pracowałem. To były od początku do końca zbudowane scenki z wejściem, rozwinięciem i zakończeniem.

A co było dla Ciebie najtrudniejsze?

Za każdym razem co innego. Na początku charakteryzacja sprawiała frajdę, ale później sześciogodzinne metamorfozy bywały trochę męczące. Zależy też od piosenki. Były utwory, przy których świetnie bawiłem się od początku, ale były też takie, do których musiałem mocno szlifować choreografię. Np. codziennie po 2-3 godziny tańczyłem salsę w w wysokich szpilkach. Musiałem uruchomić swoje biodra, aby ich ruchy były bardziej kobiece. Potrzebowałem tego do piosenki „La isla bonita” Madonny, gdzie wokalistka tańczyła flamenco.

W programie pojawiło się wielu bardzo znanych artystów. Masz jakiegoś idola, w którego chciałbyś się wcielić lub może się wcieliłeś?

Bardzo chciałem zaśpiewać piosenkę Leonarda Cohen’a, który jest bardzo ważnym artystą w moim życiu. Przygotowania, próby wokalne, jak i sam występ były dla mnie niezwykle inspirujące. Sama piosenka („Dance me to the end of love”) jest fantastyczna i często mi towarzyszy. W przypadku Cohena oceny jurorów zeszły na dalszy plan, ważny był dla mnie przekaz treści zawartych w piosence. Generalnie wszystkie piosenki, które śpiewałem były w zgodzie ze mną. Ważny był też dla mnie
Zbigniew Wodecki, z którym miałem przyjemność grać w Teatrze STU przez kilka sezonów.

A co z tremą?

Na szczęście tremę mam motywującą. Chociaż w TTBZ trema bywała ogromna. Wydaje się, że to jest zabawa, ale kiedy po ciężkich przygotowaniach człowiek ma tylko jeden dubel, aby nagrać cały występ, to pojawia się adrenalina i silne emocje. W teatrze nad spektaklem pracujemy trzy miesiące i ma się wszystko pod kontrolą, ścieżki są wydeptane.

A jak to jest z Twoimi rolami czy to w programie, teatrze czy każdym innym przedsięwzięciu. Ciężko jest potem z roli wyjść?

Każdy aktor ma inny sposób wchodzenia w rolę i rozstawania się z nią. To jest raczej sprawa dosyć intymna. Staram się zawsze głęboko wchodzić w psychologię bohaterów, nad którymi pracuję. To też powoduje, że z niektórymi rozstaję się dłużej, bo po prostu dłużej we mnie siedzą. Z reguły pozostawiam sprawy swojemu naturalnemu biegowi.

A jaki jest Twój przepis na sukces? Nie istniejesz na ściankach, a jednak istniejesz zawodowo. Cały czas coś robisz.

Jest takie amerykańskie powiedzenie: „Just do your job” i tego staram się trzymać. Oczywiście jeżeli jest jakiś event związany z promocją projektu, w którym biorę udział, to co innego. Wtedy nie ma dla mnie problemu, aby stanąć na „ściance”. Generalnie wolę skupiać się na pracy. To ma swoje plusy i minusy. W polskim showbiznesie istnieje pogląd, że aktor powinien ‘bywać’, „pokazywać się”. Ja jestem zwolennikiem złotego środka. Oczywiście warto się pojawić na jakieś premierze czy rozdaniu nagród, pod warunkiem, że to wszystko jest w kontekście zawodu. Staram się zachować jakąś odrębność, która w naszym zawodzie jest bardzo ważna. Tak mi się wydaje. Dlatego chociażby moje „social media” są takie, a nie inne.
 

Czytany 559 razy Ostatnio zmieniany środa, 18 październik 2017 13:32

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Orgy