cinema.pl Newsy Dnia

czwartek, 17 sierpień 2017 12:40

Młodzież chłonie kulturę - Anna Józefiak dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Anna Józefiak, autorka bloga Klub Filmowy Obraz i Dźwięk (www.klubfilmowy.com), pisze dla magazynu Presto, była redaktorką naczelną serwisu Soundtracks.pl, poświęconego muzyce filmowej.


Młodzież chłonie kulturę - Anna Józefiak dla cinema.plJakie były początki Twojej pasji?

Wszystko zaczęło się w maju 2012 roku, kiedy to postanowiłam założyć stronę internetową, na której zamieszczałabym swoje refleksje związane z kinem.
Pomysł wziął się z mojej pracy zawodowej. Ucząc w liceum języka polskiego, bardzo często opowiadam o filmie. Chciałam rozwinąć swoje kompetencje, więc zapisałam się na kurs edukacji filmowej. Jednym z zadań podczas kursu było założenie bloga filmowego. To mnie bardzo zainteresowało. Pierwszy artykuł dotyczył montażu w filmie „Incepcja”. Tekst ukazał się 1 maja 2012 roku. W tej chwili na stronie www.klubfilmowy.com znajduje się już ok. 400 wpisów. Są to recenzje filmów, recenzje ścieżek dźwiękowych, relacje z międzynarodowych festiwali filmowych i ze spotkań z twórcami z całego świata. Przeglądając bloga, widzę, że z roku na rok jego treść coraz bardziej się rozwija. Zaczynałam od pojedynczych tekstów, później pisałam już jako akredytowany dziennikarz, miałam kilka patronatów medialnych, w końcu udało mi się nawet przeprowadzić wywiad z kompozytorem nominowanym do Oscara.

Wspomniałaś, że jesteś nauczycielką w liceum. Jak młodzież dzisiaj reaguje na kulturę?

Młodzież chłonie kulturę. A że jednym z elementów programu języka polskiego jest edukacja filmowa, mogę łączyć swoją pasję filmową z nauczaniem. Często podejmuję wątek kina w powiązaniu z tematem lekcji. Poza tym dzięki temu ja również dowiaduję się, czym młodzież się interesuje. Staram się poznawać punkt widzenia uczniów, a jednocześnie pokazuję im wartości obecne w takich filmach, po które oni sami pewnie by nie sięgnęli. „Przemycam” na lekcjach ciekawe tytuły, podpowiadam, na co warto pójść do kina. Wymieniamy się opiniami i wrażeniami. Uwielbiam takie rozmowy!

W takim razie co jest najważniejsze w tej robocie?

Najważniejsze jest moim zdaniem poczucie, że można realizować swoją pasję i łączyć ją z pracą zawodową. Trzeba być też dobrym obserwatorem. Mieć taki zmysł, który podpowiada, co warto obejrzeć, a co można pominąć. A jeżeli film, który się widziało, nie przypadł do gustu, trzeba umieć wyjaśnić, dlaczego do mnie nie trafił. I to też staram się przekazać młodzieży, która często na pytanie: „Czy coś Ci się podobało?”, odpowiada TAK albo NIE. Trzeba jeszcze umieć wytłumaczyć, dlaczego dany film zrobił na mnie wrażenie, a inny mnie znudził.

Jesteś po Transatlantyku, jak wrażenia?

To był mój 6. festiwal. Wrażenia są bardzo świeże, ponieważ parę dni temu wróciłam z Łodzi. Z mojej perspektywy ten rok dla festiwalu Transatlantyk okazał się bardzo dobry. Wzrosła liczba widzów w porównaniu z poprzednią edycją, a repertuar i punkty programu były interesujące. Najciekawsze to oczywiście spotkanie z Edwardem Nortonem. Brakowało mi jednak pewnego elementu. Kiedy festiwal Jana A.P. Kaczmarka pojawił się na mapie polskich festiwali, duży nacisk kładziony był na muzykę filmową. Odbywały się koncerty znanych kompozytorów, spotkania z gośćmi, podczas gali otwarcia i zamknięcia również słuchaliśmy najpiękniejszych tematów filmowych. Mieliśmy co prawda w tym roku świetny koncert Jeana-Michela Bernarda, jednak to trochę za mało. Oczywiście oryginalnym wydarzeniem festiwalu są konkursy kompozytorskie, zwłaszcza konkurs „natychmiastowej kompozycji”, który co roku śledzę z ogromnym zainteresowaniem. Jednak brakuje mi znanych nazwisk i możliwości szerokiego obcowania z muzyką na żywo.  Być może powodem takiej sytuacji jest ogromny wzrost popularności Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie. Temat muzyki filmowej został dzięki niemu podniesiony na bardzo wysoki poziom, a świadczą o tym wielkie nazwiska, które się do tej pory w Krakowie pojawiły. Transatlantyk zaś być może zamierza objąć inny kurs, skupiając się bardziej na filmie i idei niż na muzyce. Będzie mi trochę żal, jednak z drugiej strony rozumiem, że na przestrzeni dwóch miesięcy trudno zorganizować dwa festiwale z muzyką filmową w roli głównej.

Samych festiwali jest mnóstwo… Jak oceniasz Kraków? A jak publiczność odbiera festiwale muzyki filmowej?

Festiwal krakowski stoi na bardzo wysokim poziomie organizacyjnym i artystycznym. Przez kilka dni zaprasza na mnóstwo niesamowitych wydarzeń, w których biorą udział najwięksi kompozytorzy muzyki filmowej. Kraków jest takim centrum muzyki filmowej na świecie. Kiedy miałam okazję rozmawiać z Johnem Debneyem, nominowanym do Oscara za muzykę do filmu „Pasja”, przyznał on, że na Zachodzie nie ma tak wielkiego zainteresowania muzyką filmową. Takie wydarzenia jak FMF w Krakowie zdarzają się bardzo rzadko. W Polsce co chwilę odbywają się koncerty muzyki filmowej, czasami nawet przy okazji wydarzeń zupełnie niezwiązanych z kinem. Na przykład kilka lat temu w Toruniu odbywało się pewne wydarzenie sportowe, a jednym z punktów programu był koncert muzyki filmowej, wykonywany przez naszą orkiestrę symfoniczną. Nie jestem pewna, czy aż tak daleko powinniśmy iść. Mimo to w Polsce chyba faktycznie rodzi się taki ośrodek, w którym muzyka filmowa jest ważna. Mamy Camerimage w Bydgoszczy, który skupia operatorów i ta sztuka jest na pierwszym miejscu. I mamy Kraków, gdzie główną rolę gra muzyka filmowa. Popularność tego gatunku to coś pięknego, bo sama muzyka jest czymś pięknym. Poza tym jest ona w filmie niezwykle ważna. Spróbujmy obejrzeć „Władcę pierścieni” bez muzyki Howarda Shore’a!

A czym jest dla Ciebie muzyka?

To dla mnie jeden z najistotniejszych elementów dzieła filmowego. Tworzy niesamowitą dźwiękową przestrzeń, buduje nastrój, łagodzi lub podsyca emocje. Dlatego jest tak ważna. Kiedy dowiaduję się o premierze jakiegoś filmu i zamierzam na ten film pójść, najczęściej najpierw słucham muzyki, aby potem rozpoznawać temat główny. Chcę się przekonać, jak muzyka brzmi w oryginale na płycie. Później konfrontuję to z obrazem. Najważniejsze w tym połączeniu jest to, jak działają na siebie wzajemnie. Jeżeli muzyka istnieje „obok” obrazu, nie wpływa na niego, jeżeli mu nie służy, to wtedy zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje. Czy może ja ją źle odbieram, czy może kompozytor źle dobrał kompozycję. A może taki był zamiar twórców? To właśnie mnie fascynuje.

Aneta Brzozowska, charakteryzatorka, powiedziała, że „w filmie wszystko musi chodzić jak w zegarku”…

Tak, to prawda. To, że wszystkie elementy filmu łączą się w spójną całość, jest wynikiem tego, że ludzie, którzy są odpowiedzialni za różne elementy filmu, potrafią się ze sobą porozumieć. Wszyscy filmowcy, z którymi miałam okazję się spotkać, mówią dokładnie to samo.  Nie wyobrażają sobie sytuacji, w której kompozytor kłóci się z reżyserem, a muzyka jest idealnie dobrana. Twórcy muszą znaleźć wspólny punkt. Jeżeli coś nie pasuje, to od razu to widać lub słychać w filmie.

Wspomniałaś wcześniej, że w Polsce muzyka filmowa jest ważna… Faktycznie robi furorę w Polsce?

Muzyka zagraniczna robi karierę w Polsce. Natomiast mamy duży problem z polskimi kompozytorami. I absolutnie nie mam na myśli tego, że nasi twórcy piszą gorszą muzykę. Tacy kompozytorzy, jak choćby Bartosz Chajdecki czy Łukasz Targosz, są żywym dowodem na to, że mamy ogromny potencjał w tej dziedzinie. Dwaj inni, Jan A.P. Kaczmarek i Abel Korzeniowski, to już twórcy znani i cenieni w środowisku światowych kompozytorów. Niestety, Polska kinematografia nie odkryła jeszcze, że można promować film, promując również muzykę. To jest trochę jak błędne koło. Aby widzowie mogli poznać muzykę, musi ona pojawić się na płycie lub w jakimś serwisie internetowym. Warunkiem wydania krążka jest zapowiedź zysku. A tu często pojawia się problem – niewiele osób kupi płytę z muzyką mało znanego kompozytora. By kompozytor zyskał popularność, musi rozpowszechnić swoją muzykę – i tak dalej... Skutkiem rzadkich wydań płyt z polską muzyką instrumentalną jest to, że widzowie nie znają tej muzyki i słabo kojarzą nazwiska kompozytorów. To wielka szkoda, ponieważ nasi twórcy są świetni. Dobrze się słucha muzyki z polskich filmów nie tylko podczas seansu; dobrze się ona sprawdza również jako dzieło autonomiczne. Kilkakrotnie przesłuchałam na przykład materiał Bartosza Chajdeckiego napisany do filmu „Jestem mordercą”, a sam kompozytor przyznał, że skomponował więcej utworów, niż można było usłyszeć w filmie. Materiał na płytę jest zatem gotowy, ale krążka jak dotąd nie doczekaliśmy się. Ścieżki dźwiękowe z polskich filmów powinny się pojawiać, chociażby w skróconej wersji na platformach internetowych.

A co na Tobie zrobiło wrażenie w tej pracy?

Każdy film, każde spotkanie robi na mnie ogromne wrażenie. Na pewno zapamiętam spotkanie z Hansem Zimmerem kilka lat temu w Krakowie, mimo że nie było to spotkanie w cztery oczy. Niesamowite jest to, że na FMF-ie czy wcześniej na Transatlantyku publiczność mogła przede wszystkim zobaczyć kompozytora. Wcześniej wiele osób nie rozpoznałoby Alexandre’a Desplata czy Dario Marianellego. Niesamowite jest to, że ci twórcy nie są przyzwyczajeni do bycia w centrum zainteresowania. Podczas wywiadów opowiadają o swojej muzyce i inspiracjach, ale widać wyraźnie, że wielu z nich jest skrępowanych swoją popularnością. Teraz ich muzyka staje się coraz bardziej znana i tym samym kompozytorzy stają się osobami publicznymi. Dobrym przykładem artysty, który świetnie sobie z tym radzi, jest Hans Zimmer. Daje on takie koncerty, że niejeden zespół rockowy może pozazdrościć! A przy tym sam czuje się bardzo dobrze w roli gwiazdy.

A Ty masz muzykę, do której wracasz?

Oczywiście! Ale to, do czego wracam, zależy od wielu czynników: od pory roku, nastroju czy sytuacji. Słucham bardzo dużo muzyki filmowej. Mam takie etapy, że przez kilka tygodni słucham wyłącznie jednej ścieżki, tak było w przypadku muzyki z filmu „Thor”. Kiedy indziej uwielbiam ponownie wysłuchać ścieżki z najnowszego „Star Treka”. Ostatnio odkryłam muzykę Daniela Pembertona do filmu „Król Artur” w reżyserii Guya Ritchiego. Wnosi ona nową jakość do gatunku. Z kolei „Baby Driver” wznosi na wyżyny piosenkę filmową i jej ścisły związek z obrazem. Lubię jednak czasem wrócić do muzyki Ennio Morricone, Alexandre’a Desplata, Dario Marianellego czy tragicznie zmarłego Jamesa Hornera.

A jak wygląda historia muzyki filmowej w ostatnich 10 latach?

Muzyka filmowa przeżywa obecnie rozkwit. Kompozytorzy są coraz bardziej rozpoznawalni. Organizowane są ogromne koncerty na kilkanaście tysięcy osób. Odbywają się koncerty monograficzne, poświęcone konkretnym twórcom. Mamy coraz więcej projekcji filmowych z muzyką na żywo. Pojawiają się jednak również ścieżki filmowe, które na fali popularności zyskują uznanie, ale nie są przełomowe. To naturalne, że im więcej jest produkcji, tym jakość materiału może być niższa. Mimo to cieszę się, że mogę obserwować rozwój współczesnej muzyki filmowej. Różnorodność stylów, bogactwo dźwięków i oryginalne podejście kompozytorów do ich pracy jest czymś wspaniałym. I choć niektórzy recenzenci narzekają na odtwórczy charakter najnowszych kompozycji w porównaniu z klasycznymi ścieżkami, to ja i tak z wielką radością włączę kolejne płyty i pojadę na kolejne koncerty.

A jaka jest publiczność na koncertach, bardzo wymagająca?

Tak, zdarza się, że publiczność jest bardzo wymagająca. Do tego stopnia, że słyszałam bardzo profesjonalne oceny koncertu Hansa Zimmera, dotyczące na przykład nagłośnienia czy nastrojenia instrumentów. Słuchacze są bardzo zróżnicowani: jedni doskonale znają muzykę, która jest wykonywana na żywo, inni dopiero po koncercie odkrywają bogactwo tych kompozycji. Wszystkich jednak łączy miłość do kina i dźwięku. I to jest najpiękniejsze.

A jak jest z piosenką filmową?

Niestety, moim zdaniem tutaj sytuacja wygląda trochę inaczej niż w przypadku muzyki filmowej. Patrząc na radiowe listy przebojów lat 80. czy 90., można zauważyć, że wiele piosenek pochodziło właśnie z filmów. Często jest tak, że filmów już nie pamiętamy, a piosenki nadal tkwią w naszej świadomości. W tej chwili piosenka trochę się wycofuje zarówno w kinie polskim, jak i zagranicznym. W wielu filmach w ogóle nie ma piosenek, w innych filmach pojawiają się utwory, które zostały napisane dużo wcześniej, zanim powstał film. Miałam nadzieję, że sytuacja się zmieni po sukcesie piosenki Adele pt. „Skyfall”. Był to przecież wielki hit, a jego promocja była doskonale przemyślana i odniosła wielki sukces. Miałam nadzieję, że twórcy filmowi „pójdą za ciosem” i podobnie będą promować kolejne filmy. Niestety tak się nie stało. Nie wiem, z czym to się wiąże, nie potrafię tego rozgryźć. Ostatnio wyjątkiem może być film „La La Land”, który przyniósł nam utwór „City of Stars”. Pozostaje jednak pytanie: jak długo będziemy o tej piosence pamiętać? Dobrym sposobem na promowanie piosenki filmowej jest mówienie o niej przy okazji festiwali. Myślę tu na przykład o Festiwalu Piosenki i Ballady Filmowej w Toruniu. Odbywa się tu przegląd konkursowy, podczas którego można usłyszeć naprawdę świetne wykonania.

A może to jest tak, że faktycznie teraz rządzi muzyka filmowa.

Bardzo możliwe. Może jednak czasy, kiedy do filmów śpiewał Brian Adams czy Sting, kiedyś wrócą. Mam taką nadzieję. Tymczasem delektujmy się pięknymi melodiami, spotkaniami z kompozytorami i muzyką wykonywaną na żywo podczas koncertów i seansów.

Czytany 252 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 17 sierpień 2017 13:57

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv