cinema.pl Newsy Dnia

niedziela, 02 sierpień 2015 16:46

Brak dobrego "środka"

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

"Tylko dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej... - Albert Einstein" - te słowa widnieją na facebooku dziennikarki i pisarki w jednej osobie Kariny Bonowicz. Kilka dni temu mieliśmy okazje się spotkać i porozmawiać o kinie, literaturze oraz ...

Co ma piernik do…

Karina Bonowicz: …wiatraka, to już pewnie każdy wie, ale co ma piernik do Torunia, to już chyba nie wszyscy (śmiech). Stąd pomysł na przewodnik. „Co ma piernik do Torunia, czyli subiektywny przewodnik po mieście (nie tylko) Kopernika dla (nie tylko) nowojorczyka” to przewodnik po Toruniu w wersji on line, który powstał z myślą o Polonii amerykańskiej. To cykl przedstawionych w sposób humorystyczny ciekawostek na temat Torunia, ułożonych w formie haseł od A do Z. Z tekstów można dowiedzieć się m.in. gdzie mogła stać kołyska Kopernika, w którym  akademiku „waletował” Zbigniew Herbert albo czy prawdą jest, że w Dworze Artusa  wywoływano duchy. W sąsiedztwie faktów historycznych pojawiają się tam anegdoty i legendy miejskie, które – mam nadzieję – zachęcą naszych rodaków w USA do zgłębienia mniej lub bardziej znanych faktów z historii miasta, a także do odwiedzin grodu Kopernika. Cykl tekstów ukazuje się w prowadzonej przez mnie rubryce >>Film i książka „Made in Poland” << w nowojorskim portalu informacyjno-kulturalnym www. DobraPolskaSzkola.com, który skierowany jest do Polaków mieszkających w Stanach Zjednoczonych i który miesięcznie odwiedza ponad 40 tys. polskich internautów w USA. Przewodnik powstał w ramach stypendium Miasta Torunia w dziedzinie kultury.

A jak zrodził się ten pomysł? Przyznam, że nawet mnie, rodowita toruniankę, to wciągnęło…

K. B.: Tytuł przewodnika jest bardzo przewrotny. Przewodnik poświęcony jest miastu (nie tylko) Kopernika i skierowany do (nie tylko) nowojorczyka, mimo że powstał z myślą o Polakach za oceanem, a dokładnie do czytelników polonijnego portalu w Nowym Jorku. A tych jest bardzo dużo – miesięcznie portal odwiedza ponad 40 tysięcy polskich internautów. Najpierw pomyślałam o Polakach w Nowym Jorku, potem o Polakach w USA, a na końcu doszłam do wniosku, że te mniej znane fakty i mity na temat miasta Kopernika i pierników mogą zainteresować również Polaków w kraju, a także samych torunian. I tak powstał przewodnik zarówno dla tych, którzy kochają to miasto, jak i dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji go pokochać.

A za co Ty kochasz Toruń?

K. B.: Za… wszystko (śmiech).

Jak się nawiązała Twoja współpraca z portalem?

K. B.: Zaczęło się od promocji mojej pierwszej książki za pośrednictwem tego portalu. Od słowa do słowa narodził się pomysł współpracy. I tak zostałam polskim współpracownikiem portalu, który nie tylko posiada własną rubrykę poświęconą polskim książkom i filmom, ale także relacjonuje bieżące wydarzenia kulturalne, przede wszystkim te, które dzieją się w Toruniu.

Myślałaś o stworzeniu przewodnika dla szerszego grona odbiorców?

K. B.: Przewodnik jest w formie online, więc dostęp do niego jest nieograniczony. W każdej chwili i w każdym miejscu można wejść na portal i poczytać. Chyba nie da się już bardziej ułatwić czytelnikowi dostępu (śmiech).

Skąd pomysł na te a nie inne miejsca, osoby i wydarzenia? 

K. B.: To, oczywiście, nie było tak, że pewnego dnia obudziłam się, usiadłam do komputera i napisałam przewodnik. Z pomocą przyszło doświadczenie diennikarskie. Kiedy pracowałam jako dziennikarz „Gazety Pomorskiej”, przez długi czas prowadziłam rubrykę „Album Toruński” z artykułami poświęconymi historii Torunia. Podczas zbierania materiałów zawsze w pierwszej kolejności pytałam o rzeczy mniej oczywiste, o ciekawostki czy miejskie legendy, dlatego też w moich tekstach obowiązkowo znajdowały się mniej lub bardziej intrygujące, a nawet pikantne szczegóły. O ile, oczywiście takowe istniały. Nie starałam się nigdy dorabiać ideologii na siłę. Pod takim też kątem budowałam poszczególne hasła mojego przewodnika.  Punktem wyjścia zawsze były te mniej oczywiste fakty oraz mity. Zbierając materiały, także zdjęciowe, również pod koniec pracy nad „Co ma piernik…” natrafiałam na rzeczy, które bardzo mnie zaskakiwały.

A co Cię zaskoczyło? Czego nowego się dowiedziałaś?

K. B.: Na przykład tego, że w Dworze Artusa, który kojarzy nam się przede wszystkim z kulturą wysoką, swego czasu odbywały się seanse spirytystyczne, czyli coś, co większość z nas kwituje pobłażliwym uśmiechem. Mało tego, nie dość że się odbywały, to jeszcze cieszyły się wielkim powodzeniem. Podejrzewam, że nie każdy, kto dziś idzie na koncert do Dworu Artusa, ma tę świadomość.

Uważam, że dodatkowym atutem tego przewodnika jest lekkość i humor.

K. B.: Taki mam styl. A że przewodnik skupia się przede wszystkim na historiach, które możemy czasem potraktować z przymrużeniem oka, nie mogło się obyć bez szczypty humoru. Także czarnego. Ale też pikantnego. Tak jak w haśle „P jak pierniki”, gdzie przytaczam szalenie interesującą koncepcję Tomasza Szlendaka, która pojawiła się w jego powieści „Leven”, dotyczącą tego, jak powstały toruńskie katarzynki. To bardzo pikantne uzasadnienie (śmiech). Ale może dzięki temu ci, którzy jeszcze tego nie zrobili, sięgną po tę książkę i dowiedzą się czegoś więcej.

Lubisz pisać z humorem i bawić się słowem, o czym świadczy tytuł Twojej pierwszej książki „Pierwsze koty robaczywki”. Skąd taki tytuł?

K. B.: Jest to kontaminacja wyrażeń: „pierwsze śliwki robaczywki” i „pierwsze koty za płoty”, bo książka traktuje o pierwszym razie młodej nauczycielki, która dopiero co opuściła szkolną ławę, a już musi wracać do szkoły, tyle że tym razem przychodzi jej stanąć po drugiej stronie biurka. Lubię zabawy językowe, dlatego też  kolejna książka, która ukaże się w przyszłym roku, też ma zabawny i przewrotny tytuł.

Myślisz, że tytuł zachęca do zajrzenia do środka?

K. B.: Wydaje mi się, że zaletą takich tytułów jest to, że każdy może je sobie zinterpretować, jak mu się tylko podoba. Mnie na pewno by zainteresowała książka o takim niejednoznacznym tytule. I z ciekawości zajrzałabym do środka.

Na podstawie Twojej pierwszej książki powstał scenariusz filmowy…

K. B.: … który trafił do rąk Juliusza Machulskiego, który – mam wrażenie –  dzieli ze mną poczucie humoru, dlatego myślę, że scenariusz trafił w dobre ręce (śmiech).
Miejscem akcji jest szkoła. Ostatnio często śni mi się szkoła, a czy Ty myślami wracasz do okresu szkolnego?
K.B.: Czasami śni mi się matematyka (śmiech).

Jaka jest dzisiejsza szkoła?

K.B.: W „Pierwszych kotach…” opisuję szkołę sprzed kilku lat, ale nie sądzę, żeby zaszły jakieś spektakularne zmiany od tego czasu. Podczas pisania korzystałam ze swojego doświadczenia w pracy nauczycielskiej, jak również z własnych obserwacji tego środowiska – zarówno z czasów nauczycielskich, jak i uczniowskich – i muszę przyznać, że wciąż można usłyszeć to, z czego kpił Gombrowicz, czyli że „Słowacki wielkim poetą był”. I Gombrowicz zresztą też. Pewnie przewraca się teraz w grobie, kiedy słyszy, że „Gombrowicz wielkim pisarzem był”…

Dla kogo jest ta książka?

K.B.: Powiem dla kogo na pewno nie jest. Nie dla tych, którzy nie mają poczucia humoru. Ci, którzy chcą się pośmiać i na chwilę znów wrócić do szkoły, mogą śmiało po nią sięgnąć.

Wracając do tematu książki, co można znaleźć w rubryce >>Film i książka „Made in Poland”<<?

K. B.: Recenzje polskich książek i filmów. Ale także rozmowy z twórcami albo informacje na temat polskiej literatury czy polskiego filmu. Wiadomo, dobre, bo polskie!(śmiech)

Często narzekamy na polską kulturę, ale nie jest z nią chyba tak najgorzej…

K. B.: Nie, nie jest, ale to, co mi przeszkadza najbardziej, to fakt, że nie ma w Polsce dobrego „środka” i to dotyczy nie tylko literatury. Nie ma u nas średniej półki. Albo czytamy Miłosza i Tokarczuk, albo Grocholę i Kalicińską. A gdzie wypośrodkowanie? Z drugiej strony, mamy taką przedziwną mentalność, że wszystko, co nie jest z najwyższej półki, jest „be”. W szkole uczy się, że Słowacki wielkim poetą był, a Gombrowicz, który to wykpił, sam wielkim pisarzem się stał i wszyscy musieli powtarzać tę regułkę od początku. Mam wrażenie, że jest takie przekonanie, że Tokarczuk wypada czytać, a Grocholę nie. A niech każdy czyta, co chce, byle czytał w ogóle! Swoją drogą, widziałam kiedyś dziewczynę, która książkę Grocholi wkładała w obwolutę Murakamiego. Czy o to właśnie nam chodzi?

Jak myślisz,  z czego to wynika?

K. B.: Z braku dobrego „środka”. Krzysztof Varga ma rację. U nas albo coś jest arcydziełem, albo nie ma go wcale. Tylko ile może być arcydzieł? Inną sprawą jest to, że uwielbiamy narzekać i trudno nam dogodzić.
I nie mówię tu tylko o literaturze. To samo jest z polskim filmem. Widz zarzuca polskiemu kinu, że jak film polski, to tylko szary i smutny. A kiedy jest kolorowy i wszyscy są uśmiechnięci, to też niedobrze, bo za kolorowo….

A jak wygląda sprawa samych aktorów? Pytam także pod kątem teatralnego Festiwalu Debiutantów „Pierwszy Kontakt”, który z założenia jest przeglądem debiutów.

K. B.: Wszystkie festiwale, które prezentują debiutantów, są bardzo interesujące, bo dają możliwość kontaktu z najmłodszymi twórcami, a więc z zupełnie nową perspektywą. W przypadku „Pierwszego Kontaktu” daje to niepowtarzalną okazję na zbliżenie młodej widowni i młodego teatru.

Z drugiej strony dzisiaj młodzi aktorzy często zaczynają od seriali, chociaż na początku bronią się przed nimi.

K. B.: Wiadomo, że każdy chciałby grać jedynie Hamletów i Ofelie, ale aktor jest od grania. Kazimierz Dejmek ujął to bardziej dosadnie… Swoją drogą, jeśli ktoś potrafi zagrać i Hamleta, i ławkę i pana Mietka z serialu x, to tylko pogratulować talentu.

Czytany 1188 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 02 sierpień 2015 16:56

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama