cinema.pl Wywiady

piątek, 26 lipiec 2013 14:35

Można czasami zaszaleć

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Marta Ścisłowicz aktorka filmowa, telewizyjna, teatralna oraz od niedawna dubbingowa, która ostatnio wcieliła się w rolę Pani ginekolog w serialu 'Lekatrze". Od września aktorkę będzie można również zobaczyć w popularnych serialach "M jak miłość', 'Blondynka' oraz w teatrach w Kielcach, Bydgoszczy. Nam opowiada o swoich rolach, planach, aktorstwie oraz o ...

Co słychać u Ciebie?

Marta Ścisłowicz: Zawodowo – odpukać - dzieje się bardzo sporo dobrych rzeczy tzn. w tym roku złożyło się tak, że pracuję całe wakacje, więc wypoczynek planuję dopiero jesienią. Jestem na planie „Lekarzy” – III serii, „Blondynki” – II serii czy „M jak miłość”. Oprócz tego jakieś pojedyncze krótkie, ale ciekawe przygody; w serialu „Czas Honoru” czy filmie „Miasto 44” we Wrocławiu Janka Komasy. To wszystko dzieje się do końca sierpnia. Mam dużo plenerów wyjazdowych, w związku z tym wszystko robi się bardziej skomplikowane logistycznie – Wrocław, Toruń, Supraśl, Warszawa – podróże poszerzają czas pracy. Dodatkowo od września wracają teatry w Bydgoszczy i w Kielcach, w których zaczęłam grać gościnie. Zaczynam nowe próby gościnnie w Kielcach z Eweliną Marciniak, to będzie „Misja” Michała Buszewicza – premiera 12 października. Potem praca w warszawskim Teatrze Nowym; bardzo ciekawy projekt aktorsko – taneczno – muzyczny inspirowany Lutosławskim, reżyseruje Iga Gańczarczyk. Premiera 8 listopada, bardzo się cieszę na tę pracę. Na horyzoncie jeszcze duży film, z większą rolą, ale póki co nie będę zapeszać.

Wspomniałaś o „Miasto 44” czy „Czasie honoru”, a swój debiut miałaś w „Jutro idziemy do kina” również produkcji historycznej.

M. Ś.: „Jutro idziemy do kina”, to była moja pierwsza przygoda po szkole, ale zawsze czułam, że jestem stworzona do ról kostiumowych. Wszyscy mi powtarzali, że mam taką niedzisiejszą urodę. Podobnie było przy filmie „Historia Roja, czyli w ziemi najlepiej słychać”, w którym również były kostiumy i fryzury z tamtej epoki. Jest to dla mnie niesamowity fun. Jestem elastyczna i nastawiona na nowe sytuacje, na to, co proponuje reżyser. Na planie w przypadku drobnego zadania raczej wchodzę w struktury już wypracowane; trzeba się poddać temu biegowi rzeki i znaleźć swój nurt. Jeżeli przychodzisz na 1 lub 2 dni zdjęciowe, a ktoś pracuje już nad tym materiałem, z tymi ludźmi dni 30, to trzeba jemu zaufać i poddać się temu co proponuje i sobą jakoś to wypełnić. Poza tym zawsze jest tak, że są jakieś przygotowania, próby, np. w ‘Miasto 44” dzień wcześniej miałam przymiarki kostiumowe, spotkania z reżyserem i to wszystko powoduje, że człowiek nastraja się na klimat, w którym się za chwile znajdzie. Prawda jest też taka, że jak ubierasz kostium, nakładasz charakteryzację, wchodzisz w świetnie przygotowaną scenografię, to od razu wyobraźnią przechodzisz w inne czasy i nie ma problemu żeby się w to ‘wkleić’.

A w ‘Miasto 44’ kogo grasz?

M. Ś.: Kobieta ze służb cywilnych – tak to się nazywa, to jest jedna maleńka scena. W filmie pojawi się mnóstwo różnych postaci, ok. 200 epizodów aktorskich i szczerze mówiąc sam udział w tym filmie i samo spotkanie z Jankiem Komasą są dla mnie ważne. Poza tym jest to mega wielka produkcja; ważna mam nadzieję w polskiej kinematografii, więc wzięcie w niej udziału jest znaczące. Tam jest coś do zagrania, nie ma gadania, ale są emocje, którymi trzeba zagrać. Jest więc szansa na zrobienie czegoś fajnego. Dodatkowo spotkania z nowymi ludźmi zawsze są inspirujące.

Powiedziałaś, że ważna jest dla Ciebie praca z Jankiem Komasą. Na ile jest dla Ciebie ważna praca z reżyserem, jakich reżyserów lubisz?

M. Ś.: Jest bardzo ważna, ponieważ tak naprawdę to on kreuje ten cały świat, trzyma to wszystko ‘za mordę’. Ja jako aktorka odpowiadam za małą część, za mały puzzel, w tej całej, ogromnej maszynerii. Natomiast reżyser jest to ktoś, kto to wszystko spaja, żeby się kleiło. Ja mam cel - dobrze zagrać, a reżyser myśli o produkcji jako o całości, żeby pojedyncze sceny pasowały do siebie, a ja niekoniecznie muszę o tym wiedzieć, niekoniecznie musze być tego świadoma. Reżyser jest bardzo ważny. Tak naprawdę te wszystkie spotkania filmowo-serialowe i teatralne są dla mnie najważniejsze ze względu na spotkania z ludźmi, reżyserem, operatorami, partnerami. Na styku tych wszystkich energii wszystko się rodzi i owocuje.

Z jednej strony mówimy o produkcjach, w których jesteś od początku, a z drugiej – do których dochodzisz w trakcie…

M. Ś.: Inaczej jest jak wiesz, że coś współtworzysz od początku, tak jak np. w ‘Lekarzach’ czy ‘Linii Życia’, gdzie faktycznie czułam, że jestem dużym, ważnym elementem składowym tych wszystkich energii. Przy takim projekcie jest fajnie, ponieważ bardziej czujesz odpowiedzialność z współtworzenie gdzieś od podstaw tego wszystkiego, czujesz się bardziej twórcą, niż tworzywem, a to ogromna wartość. Oczywiście to może dawać poczucie bezpieczeństwa, które jest pozorne. Trzeba uważać, żeby to nie uśpiło, może Ci się wydawać, że już wszystko znasz; a to może być zgubne. Jak wchodzisz do nowych przestrzeni, to nagle może się okazać, że się denerwujesz, ponieważ kogoś nie znasz i zawsze jest to trochę trudniejsze. Moim zdaniem ważne jest jednak dla aktora to, aby zmieniać otoczenie, środowisko m.in. dlatego zrezygnowałam z teatru w Bydgoszczy po 5 latach, ponieważ czułam, ze wszyscy się dobrze znamy i zrobiło się za wygodnie. Cieszę się, że taką podjęłam decyzję, że zmobilizowałam się do innego ruchu. Pojechałam do Kielc, aby zagrać gościnnie w „Carycy Katarzynie” i nagle okazało się, że mimo jakiegoś doświadczenia wracają pierwsze lęki, czujesz, że masz dwie lewe ręce, masz nowe osoby, przed którymi musisz się otworzyć i tym samym na nowo przełamać w sobie bariery.

„Lekarze”, o których wspomniałaś cieszą się ogromna popularnością. Losy Twojej bohaterki się rozwijają.

M. Ś.: Gram Panią ginekolog. Jesteśmy po emisji II serii; w niej już coś zaczęło się dla mojej postaci dziać. W trzeciej będzie tego zdecydowanie więcej i mam wrażenie, że ten wątek będzie bardziej atrakcyjny, jeżeli chodzi o naszą trójkę (czyli trójkąt Iza – dr Wanat – dr Żelichowska). Jest to o tyle fajne, że mam rozbudowaną sferę prywatną, w której będzie można pokazać emocje, jest człowiek z krwi i kości. Poza tym coraz więcej mam do zagrania w samym szpitalu, jeżeli chodzi o sceny medyczne, czyli operuję, zrobiłam pierwsze USG, co sprawia mi frajdę. Jest to ciekawe na płaszczyźnie ludzkiej; fajne doświadczenie.

Wcześniej rozmawiałam z Twoimi kolegami z planu, którzy jednogłośnie wspominali o szkoleniu medycznym. Ty też to przeszłaś?

M. Ś.: Niestety nie miałam tego szkolenia, nie załapałam się, ponieważ to wszystko działo się przed pierwszą serią, a ja wkraczałam do akcji dopiero w drugiej, więc to wszystko mnie ominęło. Ominęły mnie te sale operacyjne i te wizyty szpitalne, a potem wyleciało to nam z głowy, że tej lekcji nie odrobiłam. Może faktycznie powinnam to zrobić. Zobaczymy.

„Lekarze” powstają w Toruniu, ale też masz wyjazdowa „Blondynkę”. Jak to wszystko ogarniasz?

M. Ś.: Staram się to wszystko jakoś godzić, nie rozstaje się ze swoim kalendarzem i jakoś to wszystko ogarniam. Nie jest to proste, logistycznie bywa bardzo trudno. Czasami są takie wybory, że w nocy wracam samochodem po przedstawieniu, śpię 3 godziny i z rana do pracy na plan. Ja lubię adrenalinę, lubię jak się to samo kręci i napędza. Cena tego w tym roku jest taka, że nie mam wakacji. Z drugiej strony mam czasami wrażenie, że to jest taki zawód, że wakacje się ma cały rok. Tzn. w głowie, ponieważ czasami faktycznie jest ciężko i intensywnie, ale jest przyjemnie, jest radość, spełnienie, satysfakcja; więc mogę sobie spokojnie pozwolić na to żeby urlop przełożyć np. na zimę.

„Blondynka” to serial o dziewczynie, która przeniosła się z dużego miasta do mniejszego, na wieś. Ty odważyłabyś się na taki krok?

M. Ś.: Myślę, że bym się odważyła, ale to jeszcze nie jest ten moment. Dom na wsi, ogród, las, to są klimaty, które absolutnie kupuję. Dla mnie relaks to czytanie książki, gotowanie obiadu, zbieranie grzybów, spacery, dobry film. Natomiast myślę, że musi to być dobry moment w sensie, że teraz czuję, że muszę się bardziej spełniać zawodowo. Nie chcę mieć poczucia, że coś przegapiłam, że coś mi ucieka, że coś tracę. Jest to ryzykowne w tym zawodzie, zawsze może być takie poczucie, podobnie jak z decyzją o urodzeniu dziecka – jest lęk, że coś może Ci umknąć. Uczę się ciągle dokonywania tych wyborów, tego że nie można mieć wszystkiego; że czasem zawodowo nie dzieje się nic, a potem dzieje się wszystko na raz i nie wiesz w co wsadzić ręce. Myślę jednak, że jak najbardziej mogłabym się realizować w domku na wsi. Ale czas na to chyba dopiero na emeryturze…

Jesteśmy przy serialach, o których nie zawsze wszyscy maja dobre zdanie. A czym dla Ciebie jest praca przy takim projekcie?

M. Ś.: Poza bezpieczeństwem finansowym, co jest jasne, na planach nauczyłam się pewnego rodzaju gotowości. Jak pracujesz w teatrze, to pracujesz dłużej, czasami 1,5 miesiąca, nad spektaklem. Są próby i nie musisz mieć wszystkiego tu i t5 miesiąca, nad otowościeraz. Możesz pozwolić sobie na jakiś błąd, możesz sobie czegoś poszukać. Na planie musisz być przygotowana nie ważne czy jest to godzina 6 czy 23, nieważne w jakim jesteś stanie psychofizycznym, w jakiej jesteś formie. Moim zdaniem jest to bardzo ważna umiejętność, chodzi o gotowość organizmu, głowy, aby wskoczyć w postać. To jest super ważne. Poza tym jest to oswajanie się z kamerą, z planem filmowym, z ludźmi, których jest zawsze pełno. To też jest walka ze stresem, że masz mnóstwo spotkań, wszyscy Cię obserwują, z jednej strony makeup, a z drugiej ktoś przypina Ci mikroport, a Ty robisz; jesteś w bańce, swoim świecie; skupiasz się na swojej robocie. W teatrze zdobywa się warsztat, który potem przenosi się do serialu. Jednak serial uczy pewnego rodzaju luzu, który aktorowi może bardzo dobrze posłużyć na deskach teatru.

A co z teatrem?

M. Ś.: Teatr jest wspaniały pod tym względem, że masz od razu zwrot publiczności. Pracujesz nad czymś, dużo dłużej, więc teoretycznie masz większy komfort, możesz się do czegoś przygotować, wejść w coś głębiej, chociaż nie zawsze się to udaje. Faktycznie jest tak, że jak grasz przedstawienie, czyli dajesz cos w tej sekundzie, to masz natychmiastowy zwrot energii widowni. Nie musisz czekać na reakcję kilka miesięcy. Poza tym grasz przedstawienie 30 czy 80 razy, ale to nie jest tak, że co wieczór ‘odgrzewasz kotlety’. W głowie wyrabiasz sobie instrument, który Ci pozwala za każdym razem żeby spotkanie z widzem było inne, świeże i zdarzyło tu i teraz. To jest generalnie trudne, ponieważ wiele przedstawień jest tak skonstruowanych, że jest mała przestrzeń na improwizację czy dowolność na zmianę czegoś. To zawsze leży w kwestii aktora, aby to sobie dobrze wykombinować. Poza tym teatr daje ogromny warsztat oraz to, że w przeważającej większości w Bydgoszczy czy w Kielcach pracuję nad rzeczami, które bardzo rozwijają - w sensie literatury, tekstu, partnera; to daje możliwość dowiedzenia się czegoś więcej o sobie. Nie bez powodu teatr często jest terapią. Faktycznie - robię to dla siebie, ponieważ to lubię, poznaję bardziej świat, ludzi, tematy, do których pewnie nie miałabym dostępu. Oczywiście robię to też dla ludzi; teatr bez widza nie ma racji bytu.

Wspomniałaś o tym, że po premierze teatr, spektakl żyje swoim życiem, a co jest przed? Chodzi mi o przygotowania. Jak wyglądało przygotowanie do spektaklu SZWOLEŻEROWIE – o żużlowcach?

M. Ś.: Przygotowania są często długie; zagłębianie się w temat, postać, szukanie inspiracji. Żużel to jest jakiś niszowy sport, przynajmniej tak mi się wydawało. Wychowywałam się na Śląsku; dopiero pracując w Bydgoszczy słyszałam, że żużel robi furorę, ale nie interesowałam się tym tematem. Właśnie to jest magia pracy aktora, że poznajesz kolejne rzeczyieżementu. Gdyby nie ‘Szwoleżerowie’ z Jankiem Klatą, to na pewno w ten żużel bym nie weszła. Jest to niezły wkręt. Słuchaliśmy wielu wywiadów z żużlowcami, oglądaliśmy dokumenty, byłam na meczu w Bydgoszczy. Zrobiliśmy mocny research, internet, poznaliśmy cząstkę tego świata, spotkaliśmy się z trenerem młodzików. Był z nami Karol – żużlowiec, który pomagał nam przy odpalaniu motoru w trakcie przedstawienia, więc byliśmy na bieżąco. To jest faktycznie super, że ten zawód umożliwia bycie za każdym razem kimś innym.

No właśnie role są różne, lżejsze, łatwiejsze, ale też te trudniejsze. Masz jakąś metodę oczyszczania się?

M. Ś.: Mam coś takiego, taką moja ostoję, gdzie zrzucam to wszystko, to jest dom. Jak jestem bardzo zmęczona, to jestem typową domatorką, lubię coś ugotować, obejrzę film na projektorze. Mogę cały dzień nigdzie nie wychodzić. To mnie chillautuje. Poza tym mam też takie inne rzeczy typu bieganie, basen, lubię sobie poczytać książkę, iść nad Wisłę, czy do ogródka. To są takie rzeczy, które resetują przede wszystkim głowę. Gdybym nie miała takiego swojego miejsca, to mogłoby być trudniej, a tak mogę to wszystko z siebie ‘zrzucić’.

A czy aktorstwo spełnia Twoje oczekiwania?

M. Ś.: Tak zdecydowanie spełnia; chociaż jest też ogromna część mnie, która krzyczy, że nie spełnia. Nie wszystko wygląda oczywiście tak, jakbym chciała – ale nie wyobrażam sobie na dziś robienia czegoś innego. Ta praca jest moim hobby. To jest bardzo trudny zawód, trudne wybory i każdy dzień jest walką, ponieważ chciałoby się więcej, często masz poczucie, że coś mogłabyś lepiej zrobić, że masz większe możliwości. To jest takie poczucie niespełnienia, z czym bardzo długo musiałam walczyć np. po próbach, po których czułam, że nie dałam z siebie wszystkiego. Chodzi o poczucie, że możesz więcej, a tego nie dajesz, nie potrafisz tego zrobić i to jest straszne. Tego uczysz się z każdym dniem, ustawiasz to sobie w głowie, żeby nie zwariować, zachować kręgosłup, a z drugiej strony - nie zabić w sobie tej wrażliwości, nie stać się maszyną. Musisz znaleźć taki ‘złoty środek’, a to jest bardzo trudne; i nie wiem ciągle czy istnieje... Poza tym jestem 6 lat po szkole i jak sobie pomyśle, co mogłabym robić innego w życiu, to chyba nie ma takiej rzeczy. Jest to z jednej strony wspaniałe i piękne, z drugiej – ryzykowne i smutne. Chociaż jestem Ślązaczką, więc gdyby trzeba było, to zaczęłabym robić coś innego i na pewno jakoś bym się przystosowała i nie robiłabym z tego problemu. Zostaje pytanie jakby się to odbiło psychicznie w mojej głowie… Na ten moment rzeczywiście jest tak, że na pewno chce w to iść ze wszelkimi konsekwencjami, ponosząc te koszta. Ostatnio zrobiłam „Carycę Katarzynę” i to przedstawienie w Kielcach super się rozwija, zagraliśmy chyba 13 razy i tam jest tzw. spełnienie, po czuję się szczęśliwa. Zawsze po spektaklu trzeba to też jakoś zrzucić z siebie, ale jest świetnie.

A pamiętasz początki, jakie one były? Pochodzisz z Tych, a studiowałaś we Wrocławiu?

M. Ś.: Oczywiście, że pamiętam. Od razu po maturze przeniosłam się na studia do Wrocławia, więc tak naprawdę 10 lat mieszkam poza domem. Początki we Wrocławiu były super, cieszyłam się strasznie, byłam bardzo podniecona, że będę ‘na swoim’, że będę niezależna. Kupowałam naczynia, ściereczki, to był totalny szał. Okazało się, że do tej samodzielności przeszłam płynnie. Faktycznie trudniej było się przenieść do Warszawy, do której zaczęłam przyjeżdżać pod koniec studiów. Ciężko było to wszystko opanować o tyle, że to duże miasto, w którym trzeba było ogarnąć co gdzie jest, jak dotrzeć do danego miejsca samochodem itd. Miałam wrażenie, że mieszkańcy tutaj szybciej żyją. Jednak ze stolicą da się z oswoić i nie uważam żeby Warszawa była straszna, nie zauważyłam tzw. ‘wyścigu szczurów’. Jeżeli ktoś chce być w takim a nie innym środowisku, to OK, ale masz możliwość wyboru. Mogłybyśmy się teraz spotkać na Nowym Świecie i być w centrum wydarzeń, a umówiłyśmy się bardziej kameralnie. Masz szanse wyboru, Warszawa daje taką możliwość i to jest extra.

Czyli to jest Twoja technika na działanie, istnieć, ‘bez lansowania się’?

M. Ś.: Ja chce być aktorką przez najbliższe 50 lat i do tego dążę, bycie celebrytką mnie nie interesuje. Rozumiem taki wybór ludzi i w żaden sposób tego nie wartościuję, nie klasyfikuję. Tak samo daleka jestem od klasyfikacji tego czy lepiej grać w komediach czy dramatach. Uważam, że jest to na tyle szeroki zawód i rynek, że możesz tutaj wszystko robić. Jakiś czas temu zaczęłam robić w dubbingu, a to też jest odnoga tego zawodu, która daje ogromne możliwości i jest ciekawa. Czasami bywa faktycznie ciężko, jak w ogóle nie ma pracy. Trudno nie wpadać w panikę. Nie zawsze mi się to udaje. Staram się natomiast myśleć, że kluczem jest spokojne działanie, dążenie do celu, bez panicznych ruchów. Poza tym też bym się chyba źle czuła, gdyby celem samym sobie było ubranie sukienki i pójście gdzieś - żeby się pokazać. Jak mam ochotę spotkać się z ludźmi towarzysko na jakiejś imprezie to się spotykam, ale bez specjalnego szumu wokół tego. Rozumiem, że częścią tego zawodu jest promowanie filmu, serialu czy spektaklu, ponieważ pewne decyzje pociągają za sobą kolejne. Myślę, że można iść swoją drogą, mimo że w Polsce istnieje tzw. życie okładkowe, celebryckie. Jeżeli jednak nie masz ochoty, to nie koniecznie musisz w ten świat wchodzić. Sporo jest takich przykładów.

A przyjaźń jest możliwa?

M. Ś.: No pewnie, że jest. Pojęcie showbiznes … Nie mam takiego poczucia, że pracuje w showbiznesie. Czasami faktycznie zdarzają się spotkania, które są dla mnie dziwne i zabawne, ale to są normalni ludzie, którzy lubią to co robią i chcą się w tym spełniać. Uważam, że jeżeli jesteś aktorem, to podstawą jest kontakt z drugim człowiekiem. Wiadomo nie mam 50 lub więcej przyjaciół (jak to dziś ludzie na facebooku), ale myślę, że mam grono takich znajomych, na których mogę liczyć. Są to przede wszystkim kontakty z teatru. Często są też tzw. relacje pozorne, czyli pozorne spotkania i rozmowy na planie. Jest to taka specyfika pracy. Na planie jest 80 osób, to są to przeważnie luźne rozmowy, które mają na celu rozładować napięcie. Logiczne jest też to, że jeżeli widujemy się np. po 13 godz. dziennie, to nie koniecznie ludzie chcą spotykać się wieczorami przy piwie. Myślę jednak, że wszystko jest możliwe - przyjaźń, miłość, rodzina; wszystko zależy jak sobie poukładamy wektory.

Wracając do Twoje pracy, wspomniałaś o dubbingu. Praca głosem nie jest ci jednak obca, ponieważ masz za sobą słuchowiska radiowe.

M. Ś.: Tak, chociaż dawno już tego nie robiłam, ale udało mi się dzięki temu, że Paweł Łysak – bydgoski dyrektor dużo pracuje w radiu. To jest super rzecz. To właśnie te słuchowiska dały mi pierwsze takie myśli o próbach w dubbingu. Dla mnie to jest stosunkowo nowe, ponieważ dopiero rok temu zaczęłam przygodę z grami, reklamami i sprawia mi to ogromną przyjemność. Są to nowe, nieodkryte dla mnie przestrzenie. To jest zabawa, przy której czujesz, że możesz wszystko, można czasami poszaleć.

Mówisz o zabawie głosem, mi się jednak wydaje, że to jest chyba ciężka robota.

M. Ś.: Taaak… Jest taka szkoła, która mówi, że aktor powinien być sprawny fizycznie, ponieważ to jest instrument; twoje ciało, o które należy dbać w sensie dieta, sport, bez używek. Ja do takiego systemu dorastam, zaczęłam biegać, przestałam palić i wydaje mi się, że mogę więcej w sensie ciała, że jestem bardziej sprawna. W dubbingu głos, to jedyne narzędzie, które posiadasz, więc trzeba o nie dbać. Zależy to też do predyspozycji, ale jest to Twój instrument, który czasami powie ‘stop’. Teatr to ciężka robota, trzeba mieć kondycję.

Za zakończenie wrócę może do początku, przy którym wspomnieliśmy o filmie ‘Jutro idziemy do kina”. Ciekawa jestem czy Marta Ścisłowicz lubi chodzić do kina, teatru?

M. Ś.: Bardzo lubię i chodzę bardzo dużo do kina i do teatru. Bardzo dużo kolegów z tzw. „branży” się ze mnie śmieje, ponieważ lubię teatr jako widz, moi znajomi mówią „Boże, Ścisłowicz tyle w tym teatrze siedzisz i jeszcze wieczorami chcesz iść do teatru?”. Dużo też oglądam filmów na projektorze w domu. W kinie przedwczoraj byłam na „Uniwersytecie potwornym”, raczej jestem na bieżąco. Poza tym uważam, że jak się jest aktorem, to powinno się dużo chodzić i poszerzać swoje horyzonty i obserwować, co inni ludzie proponują, jak grają i dokonywać swoich wyborów. To bardzo rozwija aktora. Lubię sobie też coś przeżyć – jako widz.

Chodzisz prywatnie czy służbowo? Czy da się to oddzielić?

M. Ś.: Nie da się prywatnie.

Czyli jednak…

M. Ś.: Wiele osób tak ma, że jak chodzi do kina, to obserwuje. Jak rozmawiasz z operatorem, to patrzy jaki jest kadr, jak są światła postawione, pion makeup’u patrzy na makijaże. Każdy patrzy na swoją dziedzinę i myślę, że tego nie da się uniknąć. Jak ja oglądam film to absolutnie nie widzę technicznych rzeczy. Mogę Ci powiedzieć czy coś na mnie podziałało emocjonalnie czy nie, ale nic poza tym. Jeżeli chodzi o grę aktorską, to zawsze jest to dla mnie najważniejsze i najbardziej na to zwracam uwagę. To nie jest oczywiście aż tak, że mam cały czas kontrolę i nie mogę spokojnie obejrzeć filmu; wręcz przeciwnie – uwielbiam zrzucać z siebie emocje w ciemnej sali, płacząc. Ale swoim nurtem, podświadomie gdzieś, niezależnie od łez, toczy się zawodowy ogląd.

Czytany 1841 razy Ostatnio zmieniany środa, 25 czerwiec 2014 10:43

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Komentarze   

0 #1 ewa 2014-10-12 22:08
Uważam że kiedyś Pani Marta będzie bardzo sławną aktorką ma zadatki na gwiazdę na skalę światową.
Cytuj

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama