cinema.pl Newsy Dnia

wtorek, 09 czerwiec 2020 11:04

Uważam, że krytyka była i jest bardzo potrzebna - Krystian Pesta dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Absolwent Łódzkiej Szkoły Filmowej.  W latach 2016 – 2018 współpracował z Teatrem Ludowym w Krakowie, na deskach którego wystąpił w „Rewizor. Będzie wojna!” w reż. Małgorzaty Bogajewskiej, „Tożsamość Willa” w reż. Gabrieli Muskały oraz „Panna Julia” w reż. Radka Stępnia. Od 2018 roku związany z Teatrem im. S. Jaracza w Łodzi. Znany szerszej widowni z serialu “Belfer 2” oraz „1983” czyli pierwszej polskiej produkcji Netlix. W 2016 roku otrzymał Indywidualną Nagrodę Publiczności na 34. Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Ponadto w 2019 można go oglądać w  serialu „Ziuk. Młody Piłsudski” oraz w dużej produkcji „Legiony” w reż. Dariusza Gajewskiego. Z Krystianem Pestą mieliśmy okazje spotkać się w jego rodzinnym mieście w Toruniu...

 

Uważam, że krytyka była i jest bardzo potrzebna - Krystian Pesta dla cinema.plSpotykamy się w naszym mieście… Jak wyglądają Twoje powroty?

Zawsze pięknie. Ciągle mi jednak brakuje czasu, gdy już pojawiam się w Toruniu, aby sobie pospacerować po swoich miejscach z młodszych lat.

Toruń to miasto płodne, jeżeli chodzi o Was artystów, którzy bardzo sobie chwalą to miasto.

Coś w tym jest. Faktycznie Toruń ma potencjał, aby wypuszczać ciekawych ludzi. Muszę też obiektywnie przyznać, niezależnie czy bym się tu urodził, czy nie, że Toruń jest pięknym miastem. Gdy mnie zawsze pytają, skąd jestem to nigdy tego nie ukrywam, wręcz przeciwnie - zawsze jestem dumny, że stąd pochodzę.

Twoi koledzy „po fachu” często wspominają, początki w Studio P. W Twoim życiu również się ono pojawiło?

Dokładnie! Po szóstej klasie szkoły podstawowej mama przyniosła w wakacje broszurę promocyjną z MDK-u, na której było 5 zajęć teatralnych w tym m. in.: Studio P. Przykuło to moja uwagę. Studio to było prowadzone przez Panią Lucynę Sowińską. Na pierwsze zajęcia poszedłem w pierwszej klasie szkoły gimnazjalnej,  przygoda trwała 6 lat do matury. Muszę przyznać, że najwięcej zawdzięczam Pani Lucynie Sowińskiej, ponieważ to ona rozpoczęła kształtowanie mojego artystycznego kręgosłupa.

Co to Studio P ma w sobie, że takie owoce aktorskie wydaje na świat?

To były regularne zajęcia, co tydzień w środy, podczas których zajmowaliśmy się literatura, zadaniami aktorskimi, improwizacja. Czasem ze zdobytego materiału powstawał spektakl. Nigdy jednak nie było to głównym nastawieniem, aby dany rok był finalizowany spektaklem. Szczególnie w tych pierwszych latach. Pamiętam, że w liceum zrobiliśmy pierwszy spektakl, z którym nawet udało nam się pojeździć po Polsce, był nawet wystawiany na festiwalach. Bardziej jednak ta regularność i przypisanie do tego miejsca nauczyło mnie pewnej odpowiedzialności i wrażliwości. Nie ważne, że masz zły dzień, czy jesteś chory - i tak pojawiasz się na zajęciach. To jest tak samo jak w zawodzie aktora. Niedawno miałem sytuacje, że byłem chory, gorączka, ale jest spektakl do zagrania w Krakowie, na którym trzeba było się pojawić. Spektakl jest sprzedany, więc jedziesz, grasz i nagle choroba Cię opuszcza (śmiech).

Wspomniałeś, że byłeś do matury w Studio P. Potem czas na decyzje, w jakim kierunku się kształcić. Wybrałeś szkołę w Łodzi. A co na to Twoi rodzice? Nie bali się?

Zawsze bardzo wspierali drogę, którą wybrałem. Sam miałem czasami wątpliwości, ale z ich strony czułem wiarę we mnie, aby  iść do przodu, nie poddawać się. Wydaje mi się, że oni bardziej zdrowo podchodzą do tego zawodu niż ja sam. Ważne jest to, aby wiedzieć jak to zdrowo wypośrodkować. Jest zawód, jest życie prywatne, są porażki. Sukcesy wiadomo przynoszą radość, a z porażek wyciągamy wnioski i naukę. Nie dostałem się do szkoły za pierwszym razem, lecz za drugim i pamiętam taki oddech ulgi rodziców, gdy zadzwoniłem. Miałem wrażenie, że bardziej z nich to zeszło niż ze mnie. Dla mnie było to regułą, że jeździłem Warszawa – Łódź – Kraków - Wrocław na egzaminy. Gdy się okazało, że zostaję w Łodzi, rodzice powiedzieli „W końcu, nie będziesz już musiał kursować. Ty już to masz.”. Zawsze byli i są ze mną.

A miałeś jakieś wyobrażenie o tym zawodzie, o tym świecie artystycznym…showbiznesowym? Twoje wizje się sprawdzają?

Chyba tak. Jedno na pewno było pewne, że ten zawód, to ciężki kawałek chleba. Wielu ludziom może się wydawać, że to jest przyjemny zawód, ponieważ wyskakujemy z wielu czasopism, udzielamy wywiady i jest wszystko super. Za tym stoi naprawdę dużo włożonej pracy i poświęceń. Zawsze czułem, że w ten zawód jest wpisana ciężka praca i nigdy „nie będzie szło jak po maśle”. Pani Lucyna nas uczyła, że w aktorstwie liczy się praca, pokora, wymaganie od siebie samego, a dopiero później są przyjemności, a gdzieś tam po 5 latach jest dopiero spektakl. Jest to też ciągła praca warsztatowa od środka. Trzeba najpierw tę świadomość artystyczną budować, aby móc ją później wypuścić.

Ostatnio jeden z Twoich znajomych aktorów powiedział, że jest to zawód, w którym cały czas trzeba się szkolić.

Dokładnie tak. Ja nie wyobrażam sobie tego zawodu bez teatru i nigdy go nie pomijam na swoje ścieżce. To w nim, w dużej mierze, uczymy się wspomnianego warsztatu aktorskiego, mamy styczność z różnymi szkołami, spotykają się w nim ludzie w różnym wieku, ze zróżnicowanym doświadczeniem. To w  nim tak naprawdę przez 2-3 miesiące pracujemy na żywym organizmie, do wydania premiery. Teatr i plan to są zupełnie dwie różne historie. Na plan przyjeżdżam w dużym stopniu przygotowany, gotowy do pracy, z przerobionym materiałem. Kamera rejestruje, zaczynamy pracę,  oczywiście są duble i to z nich potem wybierane są najlepsze ujęcia. Na scenie, podczas próby masz prawo do pomyłki, ponieważ od tego właśnie one są. Teraz bardzo popularna jest ścieżka improwizacji w teatrze. Otwiera na takie możliwości, których czasami sami po sobie się nie spodziewamy, że je mamy.

Próby to jedna z różnic w porównaniu z praca z kamerą. Inną rzeczą jest publiczność.

Często jest taka sytuacja w teatrze, podczas której aktorzy grają ten sam tytuł w tzw. secie czyli na przykład trzy dni z rzędu na scenie grany jest ten sam spektakl i mogłoby się wydawać, że jest to pewnego rodzaju rutyna. Ten sam tekst, spektakl wyinscenizowany z reżyserem podczas kilkumiesięcznych prób, a jednak te trzy spektakle zdarzają się  zupełnie różne. Oczywiście są postawione w pewnym momencie akcenty, natomiast oddźwięk tego żywego organizmu po drugiej stronie, jakim jest widownia i to jaka ona będzie danego wieczoru, jak bardzo będzie reagująca na przedstawienie, jak jest wyczulona na dowcip, warunkuje spektakl każdego wieczoru zupełnie inaczej.

A z jeszcze innej strony, o czym już wspomniałeś, jesteście Wy, aktorzy, żywe osoby, które też mogą być w różnej formie…

Absolutnie masz racje, to take ma ogromny wpływ. W momencie kiedy kurtyna się podnosi, kiedy "szmata idzie w górę" (jak mawiali w szkole), wtedy spektakl zaczyna zyc swoim zyciem aż do braw widowni. To jest piękne. To jest właśnie ta magia teatru, która zawsze będę uwielbiał.

A jak Ty traktujesz casting, zdjęcia próbne? Jak rozmowę o pracę?

Dokładnie tak. Ostatnio rozmawiałem ze znajomymi o tym, że, oczywiście to są indywidualne wybory, ale zdarza się, że czasami ktoś pracuje w jednym miejscu przez 40 lat. Wykonuje swoją pracę najlepiej jak potrafi. Nie musi jednak codziennie  usilnie udowadniać nowemu pracodawcy, że się nadaje, że oto ja jestem najlepszym kandydatem na to miejsce. Takich "rozmów rekrutacyjnych" w tygodniu mam przynajmniej jedną, dwie. Za każdym razem chcesz, chociaż wiadomo nie za wszelką cenę, udowodnić, że się do danej roli nadajesz. Każdy chyba jest w stanie sobie wyobrazić jaka jest sytuacja, kiedy przychodzisz na rozmowę rekrutacyjną i chcesz przed pracodawcą zrobić jak najlepsze wrażenie. Castingi uczą również dużo  pokory. Dzięki nim potrafię co raz lepiej zrozumieć specyfikę tej branży i na czym polegają wybory, etapy produkcji, rozwoju projektu. Pamiętam swoje początki jeszcze w szkole. Rytm zajęć nie pozwalał na zbyt częste uczestniczenie w zdjęciach próbnych przede wszystkim w Warszawie, a self-tapy dopiero małymi krokami zyskiwały na popularności rozwiązania. Na pierwszym roku dostałem propozycję zagrania w filmie, po kilku zdjęciach próbnych i niestety musiałem z tego zrezygnować. Zastanawiałem się dlaczego, jest okazja i powinienem z niej korzystać. To też mnie nauczyło pokory, skupiłem się na warsztacie, na szkole, na poznawaniu się najlepiej jak możemy. Potem pomyślałem - jeśli ma coś być to będzie. Podobną sytuację miałem w przypadku pierwszego sezonu serialu „Belfer”, który również pojawił się w środku mojego studiowania. Bardzo chciałem wziąć udział w tym projekcie. Po jakimś czasie zorganizowano zdjęcia próbne do drugiego sezonu. I stało się, udało się w nim zagrać!

Reżyserka Małgosia Szumowska, powiedziała,  że dla niej takie castingi są uwłaczające.

Może coś w tym jest. Ja jednak próbuje sobie zmodyfikować pewne myślenie, że to nie jest proszenie się, ale raczej okazja do spotkania. Może być taka sytuacja, że z daną reżyserką, reżyserem nie będę już miał okazji do wspólnego spotkania. Oczywiście nie muszę dostać się do danego projektu, natomiast czasami samo spotkanie też coś daje. Zdaje sobie sprawę, jestem świadomy tego, że nie zawsze mogę pasować do danego projektu. Moje umiejętności też mogą nie pasować do jednego projektu, zaś do drugiego tytułu tego samego reżysera już mogą.

Wspomniałeś o „Belfrze”, który jest produkcją Canal+, ale zagrałeś też np. w 1983” platformy Netflix. Zastanawiam się na czym polega fenomen tych stacji? Robią wiele ciekawych produkcji.

Myślę, że  oni przede wszystkim pokazali, że po prostu w Polsce można robić ambitne i ciekawe seriale, nie ma żadnej granicy w tworzeniu najróżniejszych produkcji. Mamy bardzo dobre zaplecze ludzi, którzy potrafią to robić. Jest mnóstwo nazwisk mniej lub bardziej znanych, o których produkcje zagraniczne się biją. Pokazując, że potrafimy tworzyć niesamowite produkcje, nic nie stoi na przeszkodzie wylotu np. do Ameryki. Stacje premium udowodniły to, że dopóki nikt takich produkcji nie robił, nie znaczy, że nie możemy czegoś takiego produkować. Takie produkcje robią sąsiedzi, mając takie same zaplecze techniczne, my zrobimy je tak samo tym bardziej, że mamy mnóstwo ciekawych historii do opowiedzenia. Poza tym polska proza jest świetnym materiałem na scenariusze. Tak Canal+ czy HBO zabierają się za adaptację wielu książek i wychodzi im to rewelacyjnie.

A jak  to wyglądało pod kątem technicznym, przygotowań…

Żadne ujęcie nie jest puszczane, nie jest robione „po łebkach”. To jest świetne. Teraz robię dwa seriale produkowane przez znane polskie stacje telewizyjne. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak to wszystko wygląda. Obraz jest piękny, każde ujęcie jest wysublimowane, jest rewelacyjne, zwracanie uwagi na każdy szczegół zarówno kostiumowy, rekwizytorski, każde nasze słowo, dialog. Te wszystkie małe szczegóły robią wielkie tytuły. Dzisiaj te granice się chyba zacierają pomiędzy stacjami premium, a ogólnodostępnymi. Okazuje się, że każdy może to robić. Tak naprawdę liczy się temat, ponieważ to historia pociągnie Cię dalej. Jeśli jest opowieść, to widz zawsze za nią pójdzie. Jeżeli jest ktoś z serialem od pierwszego odcinka, to będzie z Tobą do samego końca.

A jak dokonujesz wyborów?

Teraz zacząłem kierować się pewnym kluczem. Myślę, że na tym etapie nie muszę brać dużych ról, oczywiście byłoby super, ale nie tędy droga. Pierwszą rzeczą jest to z kim spotkam się na planie. W „1983” miałem trzy dni zdjęciowe, ale spotkanie się z Agnieszką Holland załatwiało wszystko. Oczywiście ktoś mógłby się obrazić, wolałby większą rolę. Super rzecz powiedziała mi moja agentka Ola Cywka „Wiem, że będziesz chciał duże role, ale czekając na nie, mogą Cię minąć inne, mniejsze, ale o wiele ciekawsze.” Faktycznie coś w tym jest. Podobnie jak było z Agnieszka Holland, tak samo przy „Kruku” z Maciejem Pieprzycą, czy Łukaszem Kosmickim przy "Ultraviolecie" i "Ukrytej grze" są to nazwiska z którymi masz przyjemność pracy. Oczywiście ważne jest ile zagrasz, jaki masz materiał do przerobienia. Ważne dla mnie, na tym etapie, jest to z jakim człowiekiem się spotkasz, czego Cię nauczy, co włoży do warsztatu, czy pokaże kulturę zawodu, utożsamiania z pewnymi rzeczami. To jest w tym momencie najcenniejsze.

Z drugiej strony mamy mnóstwo tematów do opowiedzenia. Nie wstydzimy się np. naszej historii.

Na wiele historii coraz częściej spoglądamy z innej strony. Niedawno byłem na planie "Młodego Piłsudskiego" w reżyserii Jarosława Marszewskiego. Historie Piłsudskiego znamy raczej z czasów jego późniejszych osiągnięć. Jest to pewien symbol. Nie było jednak wcześniej w polskim filmie  historii o jego czasach młodości, w których jego poglądy, wybory dopiero się rodziły, konstruowały. Ludzi, których spotkał na swojej drodze i którzy go budowali, spowodowali to, co już znamy kilkanaście lat później. Z drugiej strony sporo się dzieje we współczesnej literaturze, w której zaczytuje się coraz więcej i wiem, że kilka produkcji na jej podstawie jest aktualnie w fazie przygotowywania. Nie wiedząc jeszcze o tym, ale czytając już te książki, miałem taką myśl: „To jest mocne i dobre na kino czy serial.”. Okazało się, że to się dzieje, czyli scenariusze leżą na półkach.

To może za chwilę usłyszymy, że Krystian Pesta wziął się za pisanie scenariuszy czy może reżyserię?

Kto wie, zobaczymy. Życie jest za krótkie, aby ograniczać się do jednej rzeczy, Uważam, że powinniśmy spełniać marzenia, realizować się cały czas. Może nastąpi taki moment, aby np. coś wyreżyserować, ponieważ to może być piękna przygoda.

Tym bardziej, że bardzo wielu młodych aktorów bierze się za reżyserię.

To jest zupełnie coś innego. W takiej sytuacji jesteś na samym końcu całej machiny i musisz wszystkie piony trzymać w cuglach, aby to wszystko wyszło realizacyjnie. Uważam jednak, że jest to piękna przygoda.

Na razie Twoją reżyserię odkładamy na bok. Sam jednak masz już za sobą współpracę z kilkoma, różnymi reżyserami. Wspomniałeś też, że bierzesz pod uwagę kto za daną produkcję odpowiada. To jakich lubisz reżyserów?

Nie chciałbym podawać konkretnych nazwisk, ale najważniejszy w pracy dla mnie jest człowiek. Spotykamy się w pracy, jest robota do wykonania, za która stoi człowiek, a nie jakaś maszyna zaprogramowana do kolejnych scen. Lubię jak ktoś powie coś ciekawego, zarazi Cię jakimś wątkiem. Życia prywatnego nie da się oddzielić od prywatnego tak w 100%. Nie można być tylko i wyłącznie wpatrzonym w robotę, ale trzeba być też ciekawym człowiekiem.

Wspomniałeś o produkcji o Piłsudskim, czyli produkcji historycznej, w której jednym z głównych elementów są kostiumy. Tego Wam zazdroszczę, że możecie nosić ciekawe stroje.

Uważam, że kostium jest bardzo ważny. W szkole nie zwracałem na to uwagi, myślałem, że mnie to nie dotyczy, jednak to się zmieniło kiedy pojawiły się pierwsze spektakle. Okazało się wtedy, że spełnia on bardzo ważną funkcję. Nie jest to tylko powłoka, która nosisz na sobie. Pamiętam prace przy moim pierwszym spektaklu w teatrze w Krakowie, moim debiucie teatralnym. Cała faza konstruowania kostiumu była dla mnie bardzo ważna. Każdy szczegół jak on ma wyglądać, jaki powinien mieć kolor czy ma zawierać jakiś dodatek czy nie to wszystko  buduje Twoja postać. Kiedy wiesz już coś o swojej postaci, jesteś po próbach i masz wiele do powiedzenia na jej temat i kiedy podchodzisz do kostiumu i go zakładasz, to jest to poniekąd „zakładanie tej postaci na siebie”. Wiesz w czym dany bohater czułby się najlepiej, co by założył, a czego nie. To jest super sprawa w procesie konstruowania postaci.

Gracie postaci fikcyjne, ale też postaci historyczne np. Piłsudskiego i tu trzeba było zachować pewną prawdę.

W przypadku Piłsudskiego jest jeszcze sprawa znaku czasu, więc jest inny klucz podejścia do kostiumu. Dzisiaj już tego nie widać, dlatego te czasy historyczne są bardziej transparentne. Po pierwsze sięgasz po kostium bardziej historyczny, a po drugie – Twoja majętność też generuje co założysz lub nie. Dzisiaj nie jesteś na podobnym poziomie materialny, ale na ulicy tego nie widać, to się gdzieś zaciera. W tamtych czasach było zupełnie inaczej, nosiłeś to na co było Cię stać lub co sobie sam uszyłeś.

O swoim bohaterze wiedziałem, że nie jest osobą majętną, ale bardzo ambicjonalną. To jest postać, która jawi się jako czarny charakter, każdy będzie ją tak odczytywał, ale tak naprawdę jest to tragiczna postać. Jego życie miało wyglądać zupełnie inaczej. Są jednak sytuacje kiedy człowiek zostaje przyciśnięty do muru i podejmuje decyzje, których normalnie by nie podjął. Uwielbiam grać czarne charaktery. Uważam, że mają więcej do zagrania, więcej się dzieje, jest żywe mięso, ale nie chciałabym aby moi bohaterowie byli tylko i wyłącznie „malowani jednym, czarnym kolorem”. Razem z producentem i scenarzystą zauważyliśmy tragizm tej postaci.

Prawda jest jednak taka, że czarne charaktery zapadają nam widzom w szczególnej pamięci.

Jest coś w tym. Ciekawiej się kogoś ogląda jak ma coś „za uszami”. Często problem tej postaci jest wielowarstwowy, najlepiej kiedy bohater nie jest zerojedynkowy. Wszystko pracuje na Twojego bohatera i na to, co zrobisz. Z drugiej strony znam takie opinie, że takiego bohatera jest łatwiej zagrać. Mysle, ze w graniu tych postaci najważniejszy jest złoty środek. Ważne, aby znaleźć sobie punkty złamania i pokiereszowania tej postaci. Wypadałoby zadać też sobie pytanie dlaczego on jest zły?

A czym dla Ciebie są te postaci? Czy mają coś z Ciebie?

W tych postaciach są na pewno takie rewiry, których, mam nadzieję, nie doświadczyć. Jest to jednak ciekawa przygoda. Poza tym mój znajomy kiedyś powiedział, że wybrał zawód aktora, ponieważ chciał przeżyć kilka żyć i coś w tym jest. Dzięki temu zawodowi masz więcej niż jedno życie (śmiech). Sa przeciez takie sytuacje, ktorych  byc moze nigdy nie będzie mi dane przeżyć np. nie biegam na co dzień z bronią po ulicy i mam nadzieję, że nie będę musiał. Chociaż z drugiej strony na planie „Belfra”, pojawiła się broń, pojawiły się "trupy" i chociaż wiesz, że jest to udawane, to uruchamia się w Tobie pewien zwierzęcy instynkt. 

Inną produkcją, która niedawno się pojawiła są „Legiony”. Możemy coś o tym powiedzieć?

Bardzo chciałem pracować z Dariuszem Gajewskim. Zobaczyłem jeden z jego filmów na festiwalu w Gdyni i byłem oszołomiony "Obcym niebem". Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby się spotkać z Darkiem zawodowo. Po jakimś czasie kolega powiedział mi, że jest w obsadzie „Legionów”, więc pomyślałem, że już po wszystkim, że obsada jest zamknięta. Okazało się po roku, że poszukują kolejnych Legionistów, więc zgłosiłem się na casting, po którym Darek zaprosił mnie do projektu. Były próby z innymi aktorami, przymiarki kostiumowe. Nowi Legioniści dołączyli, do tych wcześniej już wybranych. To jest ciekawa historia, która pokazuje konfrontacje młodych ludzi z wojną. Czym innym jest życie ideą i wariactwem zaciągnięcia się do wojska, a czym innym jest sytuacja gdy to się materializuje przed Tobą i widzisz ogrom tej wojny i skalę walk. Akcja skupia się na głównych bohaterach, w które wcielają się Sebastian Fabijański i Bartek Gelner, którym towarzyszy 10 legionistów.

A Ty jakoś się specjalnie przygotowywałeś np. pod kątem jazdy konnej?

Szkolenia konnego akurat nie mieliśmy, ale każde nasze umiejętności przy tej produkcji były wykorzystywane. Mieliśmy szkolenie wojskowe, strzelanie z broni, ćwiczyliśmy układy z rekonstruktorami, którzy pokazywali nam jak to zrobić, aby wyglądało autentycznie.

Uważasz, że kino ideologiczne jest ważne? Warto to robić? Czy kino, sztuka powinno być ideologiczne?

Uczyć może nie, ale pokazywać zjawiska. Każdy ma swoją ideę, każdy sam wyciąga wnioski z życia, ale kino nie powinno być bierne. Musi pokazywać otaczający nas świat, ponieważ często mamy instynkt wyparcia lub się boimy danego problemu i uważamy, że go nie ma na świecie. Kino bardzo celnie pokazuję diagnozę społeczeństwa, jego problemy, które trzeba przegadać, poruszać. Można się z nimi nie zgadzać, ale je zobaczyłeś i jakieś „ziarenko zostało zasiane”. Nie można mówić, że danego problemu nie ma, jeżeli w danym momencie reżyser podjął się tego tematu w swoim filmie. Nie powinno nas uczyć, ale powinno wskazywać to co się dzieje na świecie, różne warianty życia. Kino na szczęście nie daje zapomnieć o tym, że dane zjawiska, charaktery w świecie funkcjonują, a co z tym widz zrobi, to już jest jego decyzja. Ważne jest aby się nie bać podejmować pewnych tematów, a każdy niech przeżywa to na własny sposób.  

To samo dotyczy teatru, który też nie  jest Ci obcy. Jest Kraków, Łódź...

Kiedy kończyłem szkołę i ten „klosz” się otworzył, zadzwoniła do mnie Małgorzata Bogajewska, która wykładała u nas w szkole i jest Dyrektorką Teatru Ludowego w Krakowie z propozycją etatu w teatrze. Zgodziłem się, tym bardziej, że jest to miasto o ogromnym potencjale, tradycji kulturalnej, więc dla chłopaka po szkole jest czymś bardzo ważnym i ciekawym.  Wiadomo, że Warszawa,  jest takim ośrodkiem produkującym seriale czy filmy, jest wiele teatrów i też chciałbym, aby to było moje miasto. Minęły od tego momentu dwa lata, ale nie przeprowadziłem się na stałe do Krakowa. Często jeździłem między miastami i to było coraz trudniejsze, tym bardziej, że coraz więcej działo się w centrum Łódź-Warszawa-Wrocław. W pewnym momencie zadzwonił do mnie Dyrektor Teatru Jaracza z propozycją etatu, co pozwoliłoby mi na ustatkowanie się w centrum Polski. Spotykasz nowy zespół teatralny, nowe pomysły, co dla młodego aktora jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Uważam, że spotykanie się z nową literaturą, z różnymi stylistykami, partnerami na scenie na pewno jest czymś owocnym. Uważam, że ta droga jest jak najbardziej naturalna, chociaż cały czas mam kontakt z Krakowem, w którym cały czas gram spektakle. Cieszę się, że udaje się to wszystko godzić. Poza tym ważne było też to, że dyrektorzy byli otwarci na moje inne zobowiązania zawodowe.

Festiwale, to coś co jest wpisane w życie artysty, aktora, muzyka… Jak Ty je odbierasz? Czy są to imprezy towarzyskie, poklepywanie po ramieniu, czy bardziej obserwacja…

Są festiwale filmowe w Polsce jak np. tu w Toruniu – TOFIFEST – któremu się przyglądam od wielu lat, z którym w liceum współpracowałem. Mam ogromne serce do tego festiwalu, uwielbiam na niego przyjeżdżać. Podobnie jest z festiwalami w Gdyni czy Wrocławiu. Przez ten festiwalowy tydzień masz ogromną panoramę kina zarówno polskiego jak i zagranicznego. Masz możliwość zobaczenia co dzieje się w tym świecie, jakie tematy są poruszane, jacy reżyserzy robią kolejne filmy. Uważam, że festiwale są okazją do spotkań, wymieniania myśli, spostrzeżeń i to jest dla mnie najważniejsze. Również rozmowy z widzami są dla mnie bardzo ważne. Oczywiście te „poklepywanie po plecach” również występuje, ale ja nie lubię takiego „kolesiostwa”. A co do teatru niedawno byliśmy na cudownym wyjeździe teatralnym z "Panna Julia" w reżyserii Radka Stępnia z Teatru Ludowego w Krakowie. Zostaliśmy zaproszeni na festiwal do Nowosybirska i Tel-Awiwu. To była niesamowita przygoda, która na długo zostanie w mojej głowie. Zresztą z "Panna Julia" byliśmy też tutaj, w Toruniu, na Festiwalu Debiutantów "Pierwszy Kontakt". Bardzo cieszyłem się, że mogę przyjechać do mojego miasta z tak udanym spektaklem.

No właśnie o te spotkania z widzami też chciałam zapytać?

Na spotkaniach z twórcami dowiadujesz się zupełnie nowych rzeczy. Często te rozmowy schodzą na takie tematy, które otwierają nowe perspektywy, na zupełnie inne rzeczy, o których Ty absolutnie nie miałeś pojęcia albo które nie poddawałeś analizie. Inną sprawą jest też to, że feedback od strony publiczności też jest dla artysty, twórcy ważny. 

Wspomniałeś, że kibicujesz festiwalowi TOFIFEST, który w swoim haśle ma słowo bunt. Kino ma za zadanie buntować się? Czy jest przeciw czemu się buntować?

To słowo jest na pewno aktualne. Jednak z tym buntem byłbym rozważny. Często widzę sytuacje, że wszyscy idą za czymś, ale nie wiedzą za czym. Czasami ważne są głosy, gdy ktoś stopuje, studzi całą atmosferę. To jest sygnał naszego czasu, że pędzimy dalej, nie zwracając uwagi na źródło, zapętlamy się. Z drugiej strony nie wiem czy tylko artysta ma role buntu. Jeżeli widzimy, że gdzieś dzieję się krzywda, to uważam, że każdy powinien zareagować. Artysta może ma większą siłę, ponieważ jest transparentny, ale każdy z nas powinien powiedzieć NIE, powiedzieć STOP, jeżeli dzieje się coś złego. Wiadomo są dwie strony medalu i zawsze przeciwnicy i zwolennicy danej sytuacji będą się ścierać, ale po to dano nam wolność słowa, aby móc swoje opinie wyrażać.

Tylko teraz jest tzw. hejt, bardzo popularny. Granica między hejtem, a komentarzami ma bardzo cienką granicę.

Trzeba wiedzieć, gdzie jest ta wolność słowa. Czym innym jest mówienie NIE, ale w normie obyczajowej, a czym innym są brutalne wyzwiska. Taki rachunek sumienia każdy sam powinien sobie zrobić.

Pytam o to, ponieważ z drugiej strony Wy artyści jesteście wystawieni na krytykę. Jak Ty podchodzisz do tzw. krytyków? Masz dystans?

Tak. Uważam, że krytyka była i jest bardzo potrzebna. Jednak jakbym miał się przejąć krytyką spektaklu, to lepiej chyba zrezygnować z tego zawodu. Cenie jednak bardzo wolność wypowiedzi tzn. jednemu może się spektakl spodobać, innemu nie, ale świat idzie do przodu. Zawsze będziemy się spotykać z krytyką w różnych sytuacjach i to tylko od nas zależy czy potrafimy podnieść głowę i iść do przodu, spełniać marzenia czy nie.

Zaczęliśmy „po toruńsku” i tak zakończymy, ponieważ chciałam podpytać o Twoje dziennikarskie doświadczenie. Czy ono coś Ci dało w zawodzie aktora?

Przede wszystkim to były początki mojej otwartości na drugiego człowieka, kiedy wychodziłeś na miasto i robiłeś z kimś wywiad. W pierwszej chwili otwiera się Twoje ucho na chęć poznania rozmówcy, na uruchomienie w sobie pewnej empatyczności. Zawsze z tego korzystałem na 100 %. Jako licealista wszedłem w zupełnie nowy świat i zacząłem pracować najlepiej jak się da, chcąc udowodnić, że się do tego nadaje. Z drugiej strony niesamowita była otwartość ekipy Radia GRA, które zawsze w moim domu funkcjonowało i współpraca z nim była dla mnie wyróżnieniem.

Czytany 166 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 09 czerwiec 2020 11:36

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama