cinema.pl Wywiady

poniedziałek, 06 maj 2019 12:09

Zwykle w pracy mam tę możliwość, że nasze wspólne twórcze spotkanie może być ostatnie - Agnieszka Podsiadlik dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Agnieszka Podsiadlik pracuje z renomowanymi reżyserami i jest bezkompromisowa w wyborze ról teatralnych i filmowych, dzięki czemu osiągnęła status zawodowy, o którym wielu marzy. Odważna w przekształcaniu swojego wyglądu i ciała, wyczarowuje unikalny obraz dla każdej ze swoich postaci. Od początku swojej kariery jest członkiem cieszącego się międzynarodowym uznaniem zespołu TR Warszawa. Ponadto Agnieszka wystąpiła gościnnie na scenach m.in. Teatru Luzerner w Szwajcarii i Teatru Współczesnego we Wrocławiu.

Spektakl INNI LUDZIE jest spektaklem bardzo aktualnym.

Zwykle w pracy mam tę możliwość, że nasze wspólne twórcze spotkanie może być ostatnie - Agnieszka Podsiadlik dla cinema.plTeatr jest medium, które reaguje najszybciej na to co się dzieje wokół a powieść Doroty Masłowskiej jest stosunkowo nowa, świeża. TR Warszawa jako pierwszy dostał prawa do adaptacji jej ostatniej książki. Zanim powstał spektakl, mieliśmy 3 czytania powieści, w tym jedno z ludźmi z poza teatru- na Pl. Defilad. W październiku odbyło się jeszcze wydarzenie - work in progress- czyli niespełna godzinny pokaz, tego co będzie. 

Cieszę się, że jestem częścią tego projektu.

I lubię tę książkę, jest bardzo śmieszna i dotkliwa zarazem. Publiczność podobnie odbiera nasz spektakl. 

Mam wrażenie, że Masłowska jest specyficzną autorką, nie dla każdego.

Jest wyrazistą autorką, ale jej język nie jest szczególnie zaskakujący dla mnie. W TR Warszawa zrealizowaliśmy już wcześniej dramat „Między nami dobrze jest”. 

A „Inni ludzie” to nie tylko język i fraza, ale tez rytm i rym, poczucie humoru, a przy tym to pojemny tekst. 

I jak się okazuje, bardzo komunikatywny.

Jest to przykład na to, że warto opowiadać, pokazywać pewne historię nawet, jeżeli mogą wydawać się trudne. 

No jasne, że warto. Mam wrażenie, że jeżeli szczerze podchodzimy do tego i szczerze zajmujemy się tym, co nas dotyczy, to jest to też czytelne dla odbiorców. 

Przy okazji takich adaptacji książki czy to w teatrze czy w filmie, jako widz zastanawiam się w jakim stopniu jest to przeniesione np. na deski teatru? Jak było w Waszym przypadku?

Bazą była książka i wszystko co ma ona najlepszego. Mam tu na myśli język, „zaburzoną” chronologię tego tekstu i wątków, które się przeplatają. Byliśmy na to czuli robiąc spektakl. Grzegorz Jarzyna przygotował adaptację sam, ale to nie był koniec tego procesu, ponieważ dużo wnosiliśmy podczas prób i opracowywaliśmy razem.  Co jest, myślę, ważne, zwłaszcza jeżeli zmienia się medium. 

Oprócz tekstu, sporo się działo w wizualnej warstwie.

Właśnie o tę warstwę artystyczną chciałam zapytać, ponieważ sporo się na scenie dzieje.

Jest to, przez prawie dwie godziny, bardzo intensywny spektakl. Przy jego powstaniu brali udział różni artyści. Wiele osób pracowało pierwszy raz w teatrze, mieliśmy okazję poznać się i przybliżyć się wzajemnie do własnej twórczości. Ostatecznie powstał spektakl, który pozornie można powiedzieć, że jest idealnie skrojony tzn. w nim wszystko działa - paradoksalnie, jest tu tez miejsce na spontaniczność, co bardzo lubię. 

Sam teatr jest taką materią żywą tzn. każdy spektakl jest inny.

Pod koniec marca graliśmy ostatni spektakl w pierwszym, premierowym secie i za każdym razem czuło się adrenalinę premierową.

Dla mnie to ekscytujące, kiedy zostawiony jest margines nieprzewidywalności. Niby wszyscy wszystko wiedzą, ale… 

Dlatego lubimy teatr. Za spektakl odpowiada Grzegorz Jarzyna, ale nie jest to Wasze pierwsze spotkanie. Debiutowała Pani u niego?

Zwykle w pracy mam tę możliwość, że nasze wspólne twórcze spotkanie może być ostatnie, zwłaszcza, jeżeli dobrze nam się ze sobą pracowało. Z drugiej strony zarówno w teatrze jak i w kinie z wieloma twórcami spotykam się więcej niż raz. Okazuję się, że jest taka potrzeba. Zwykle te spotkania są w pewnych odstępach czasowych i często okazują się wyjątkowe. W przypadku pracy z Grzegorzem, jest to ważna dla mnie historia. Spotkaliśmy się w 2003 przy spektaklu „Zaryzykuj wszystko” i mimo, że w między czasie pracowaliśmy razem jeszcze kilka razy, to dla mnie najważniejsze są do tej pory, te właśnie dwa spotkania, w odstępie 16 lat. 

Innym reżyserem jest Kuba Czekaj…, podejrzewam, ze miedzy Wami jest tzw. chemia twórcza… 

To kwestia podobnej wrażliwości, poczucia humoru, wzajemnego otwarcia na siebie, akceptacji, braku oczekiwań. 

Radość - przy dużej dawce adrenaliny i nieprzewidywalności jednocześnie.  

Wracając do spektaklu „Inni ludzie”. Jakie były Pani refleksje na temat dzisiejszych 20-, 30-latków?

Po lekturze książki i po pracy nad spektaklem, myślę, że ten tekst jest, też, miedzy innymi, o tym, jak paradoksalnie trudno się nam z drugim człowiekiem skomunikować i jak mocno jesteśmy poukrywani. Ta trudność, może, wynika z medialnych skrótów, tzn. można obejść spotkanie z drugim człowiekiem, poprzez np. wysłanie zdjęcia. Poza tym co nas wszystkich łączy to braki i tęsknoty za tym co mają inni. Chcemy na siłę tego doświadczyć, przekroczyć, dotknąć czegoś, na co wcześniej byśmy sobie nie pozwolili.  Ale okazuje się, …że to jednak nie tak…i że jeszcze za mało…

A z czego to wynika? Z tego, że cały czas biegniemy za pieniądzem, sławą…

Za czym tęskniliśmy, zanim pojawiliśmy się w Warszawie, czego oczekujemy, czym jesteśmy rozczarowani i na ile zależymy od tego miasta, od ludzi, a na ile możemy sami o sobie decydować. Ile zależy od punktu, z którego patrzymy, od naszej świadomości i możliwości.

My chyba boimy się tzw. zmian...

Każda radykalna zmiana, zwykle okazuje się nieodwracalna. 

Mówimy o Warszawie i Warszawiakach, ale mam wrażenie, że spektakl jest też aktualny pod kątem przyjezdnych z innych  rajów. Mam wrażenie, że nie jest dobrze jeżeli chodzi np. o tzw. tolerancję.

Dla mnie to oczywiste, że każdy chciałby mieszkać godnie w swoim mieście, w swoim kraju i chciałby być w nim szczęśliwym. 

Mam wrażenie, że nikt nie marzy, aby żyć na emigracji. Ludzie robią to z konieczności, ponieważ -paradoksalnie- pragną godnie żyć.

Film „Twarz”, to też temat na czasie.

Ponownie o tym, w jakim stopniu, zmiana naszego życia zależy od nas. Szczególna sytuacja dotyczy mojej bohaterki, która mocno wspiera brata w jego dążeniach a nie ma dość siły aby zająć się własnym życiem. Brat staje się pewnego rodzaju wytrychem dla niej, aby dokonać zmiany w jej życiu- w pewnym sensie -za nią.

I poczucie niemocy, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy i skąd się wywodzimy. 

Mam wrażenie, że sytuacja wygląda zupełnie inaczej jeżeli chodzi o nas 30-latków i inaczej naszych rodziców, czy dziadków?

Zazwyczaj każde kolejne pokolenie podziela pogląd, że teraz jest gorzej. Mając 38 lat, widzę różnicę sprzed 20 lat. Do tej pory nie istnieję w social mediach i to ma znaczenie tylko dla mnie. Z drugiej strony mam wrażenie, że bardzo młodym ludziom również trudno jest zrozumieć ’’opowieść’’ o ledwie minionych czasach, do których oni już nie mają dostępu. Szybko zmienia się zawartość „kołyski” w której dorastamy. Możemy to próbować zmieniać, ale czy warto.

 Żyjemy w tych czasach, myślę, że warto się im przyglądać i działać, warto tez pewne rzeczy zaakceptować. 

A to czy świat zmierza w dobrą czy w złą stronę? 

To jest pewien paradoks. Z jednej strony jest silna wola coraz lepszego, zdrowszego i dłuższego życia, z drugiej – rosnący lęk i presja, które utrudniają to życie i kontakt z ludźmi.  A obie te strony zdają się sięgać ekstremum.

W takim razie jaki jest odbiór spektaklu przez publiczność?

Po tych pierwszych zagranych spektaklach widzę, że przychodzi na niego bardzo różna widownia. Różna jeżeli chodzi o wiek, co może  być dowodem na to, że powieść trafia do różnych pokoleń i budzi tym samym ciekawość, jak została ona przeniesiona na deski teatru. 

Mam wrażenie, że ten spektakl może być wartościowy i komunikatywny dla różnych widzów i z różnymi zainteresowaniami. 

A sam odbiór spektaklu - jest mocno energetyczny - wymieniamy się energią. 

To jest też fajne w teatrze, że dzięki niemu możecie coś przekazać.

Mam szansę, możliwość i przede wszystkim potrzebę przekazania czegoś osobiście. Robię to poprzez twórczość i to jest wspaniałe.

Z jednej strony przez siebie przepuszczacie, oddajecie w jakiś sposób siebie, ale z drugiej jest reżyser.

Efekt końcowy to za każdym razem wypadkowa wielu spotkań, a każdy przychodzi na plan czy do teatru z własnym bagażem. 

Partnerstwo w pracy to jest dla mnie podstawa, wzajemne słuchanie i robienie sobie miejsca. 

Grzegorz Jarzyna to reżyser, u którego Pani zaczynała w 2003, teraz mamy 2019, czyli 16 lat. 

Czy pewne wizje się sprawdziły, czy coś się przez te lata zmieniło?

Od 2003 roku jestem związana z TR Warszawa, ale po drodze pracowałam z wieloma twórcami, również zagranicą. 

Na pewno jestem teraz w innym miejscu niż 16 lat temu i mi się to miejsce podoba. 

Idę do przodu, działam dalej. 

Myślę, ze jest różnica między czekaniem, a oczekiwaniem. Czasami warto poczekać, nie przyspieszać pewnych rzeczy, ponieważ można je naruszyć, uszkodzić. 

Nie mam oczekiwań na kolejne spotkania, tym bardziej, że każdy rozwija się swoim tempem. 

Ważne aby robić swoje…

Tak, robić swoje, po swojemu, co paradoksalnie, wcale nie bywa łatwe. Często sami sobie stawiamy ograniczenia. 

To na koniec zapytam o plany.

Mamy wspólne plany filmowe z Kubą Czekajem, Małgorzatą Szumowską, Jagodą Szelc. 

I to się stanie w tym momencie, w którym ma się stać. 

 

 

  

 

Czytany 575 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 01 październik 2019 17:48

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama