cinema.pl Newsy Dnia

czwartek, 11 październik 2018 13:37

Staram się wybierać mądrze i kierować intuicją -Michalina Łabacz dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Podczas tegorocznej edycji Festiwalu Piosenki i Ballady Filmowej w Toruniu mieliśmy okazje spotkać się z młodą, zdolna aktorką, którą mogliśmy zobaczyć m. in.: w filmie Wojciecha Smarzowskiego WOŁYŃ, gdzie wcieliła się w postać Zosi Głowackiej, Michalina Łabacz dla cinema.pl

 

Spotykamy się na Festiwalu Piosenki i Ballady Filmowej, więc na początek zapytam o wrażenia. Emocje opady?

Emocje były ogromne! Ale potraktowałam to jako kolejne wyzwanie i pokazanie się zupełnie z innej strony. Zaśpiewać z orkiestrą i Panem Krzesimirem Dębskim na żywo, to duża przyjemność i wyjątkowe spotkanie. Tym bardziej, dziękuję za zaproszenie.

A skąd pomysł na te piosenki?

Jeżeli chodzi o utwór polski, to od samego początku wiedziałam, że będzie to „Meluzyna” z filmu „Podróże Pana Kleksa”. Angielskich propozycji było nieco więcej, długo nie mogłam się zdecydować… Chciałam, żeby numery różniły się od siebie. Ostatecznie stanęło na „I say a little prayer” z filmu „Mój chłopak się żeni”.

Takich festiwali filmowych czy muzycznych jest bardzo dużo. Jak Ty jako artystka je odbierasz?

Wydaję mi się, że festiwale tego tupu są potrzebne i dobrze, że jest ich u nas coraz więcej. Możemy wspólnie przeżyć moc niezapomnianych wrażeń. Jest to ciekawa propozycja na spotkanie z drugim człowiekiem, poznanie, zobaczenie czegoś nowego, a może nawet miejsce inspiracji. Staram się czerpać z takich doświadczeń jak najwięcej, nawet jeśli zjadają mi nerwy… (śmiech) To takie święto dla artystów i miłośników sztuki.

Wspomniałaś o spotkaniu z publicznością.  Z nią artysta spotyka się na pewno na scenach teatralnej i muzycznej. Można tutaj postawić wspólny mianownik?

Jedyna rzecz która łączy te dwie profesje, to: tu i teraz, na żywo i bez taryfy ulgowej. Nie ma powtórki. Ale to dwie różne bajki. Na toruńskim festiwalu mieliśmy bardzo krótki czas na przećwiczenie utworów z orkiestrą. Dawno nie śpiewałam przed taką publicznością i nie czuję się wokalistką. Ale się udało! Jednak na scenie teatralnej czy planie filmowym czuję się o wiele swobodniej i bezpieczniej. Jestem u siebie…

To ciekawe. Miałam akurat zapytać, ze śpiewanie nie powinno Ci być obce. Startowałaś w muzycznych festiwalach, przeglądach.

To moje dzieciństwo. Śpiewałam na najróżniejszych festiwalach w Polsce i za granicą. Ale nigdy nie wiązałam z tym przyszłości. Robiłam to dla przyjemności. Od małego chciałam być aktorką i grać w filmach… Nawet na studiach nie wychylałam się z tym, że umiem śpiewać. Chciałam robić inne rzeczy. Dlatego uśpiłam w sobie „piosenkarkę”. (śmiech)

Na scenę muzyczną wchodzisz śpiewasz i masz za sobą, w teatrze jednak spektakle powtarzacie, nie gracie raz… Podobnie jest jeżeli chodzi o plan filmowy. Postać w Tobie siedzi dłużej.

To bardzo indywidualna sprawa i podejście do tematu. Polubiłam się z Zosią Głowacką z „Wołynia”, nawet bardzo, ale przyszedł moment, kiedy trzeba było pokłonić się swojej postaci, pożegnać się i wrócić do domu. W teatrze można codziennie wieczorem umierać i rodzić się następnego dnia. Na scenie muzycznej, kiedy śpiewasz, jesteś tylko Ty. Dodatkowo dochodzą ambicję, kiedy wchodzisz w środowisko wokalistów, pojawia się presja: kto wyżej, mocniej, lepiej… Nie umiem się w czymś takim odnaleźć.

Wspomniałaś o serialu „Belfer”, filmie „Wołyń”. Dopiero startujesz. Masz jakiś pomysł na siebie? Co chciałabyś robić, w jakim kierunku iść? Czy w ogóle w Waszym artystycznym zawodzie można mieć wizje?

Staram się wybierać mądrze i kierować intuicją. Gram role, które mnie naprawdę interesują.    Miałam ogromne szczęście, że na swojej drodze napotkałam Wojciecha Smarzowskiego. Przy tym cały czas się uczę, chcę więcej i więcej… Jestem szczęśliwa i nie przestaję marzyć. A wiem doskonale o tym, że marzenia się spełniają.

Wojciech Smarzowski nie robi łatwych i przyjemnych filmów. A co Ciebie urzekło w tym projekcie?

Wszystko. Bardzo trudny i ważny temat, scenariusz i przede wszystkim reżyser. Było to dla mnie ogromne wyzwanie i doświadczenie. Nigdy wcześniej nie stałam przed kamerą. Jako początkująca aktorka potrzebowałam kogoś, komu mogę zaufać, zaufałam Wojtkowi Smarzowskiemu.

Ostatnio tez można było Cię oglądać w Teatrze Telewizji w spektaklu VICTORIA. Połączeniem 2w1…

„Victoria” w reżyserii Ewy Pytki oraz wspaniała Maria Pakulnis, Olga Bołądź i Jan Frycz w rolach głównych. Z Panem Janem po raz pierwszy pracowałam przy „Spiskowcach” Josepha Conrada w reżyserii Jana Englerta, mojego Profesora, z którym spotkałam się już na pierwszym roku studiów w Akademii Teatralnej. Były to nasze ulubione zajęcia w szkole. Cieszę, że jest mi dane spotykać na swojej drodze tak wyjątkowych ludzi, od których mogę tylko czerpać i uczyć się. A kolejny Teatr Telewizji już niebawem… Narazie tylko tyle mogę powiedzieć.

Wspomniałaś o szkole. Jak ją wspominasz? Wielu Twoich kolegów mówi, że ten  czas w szkolę to czas pod kloszem.

Jest taka bańka mydlana na 4 lata, to poczucie bezpieczeństwa, ponieważ cały czas się uczymy. Moimi pierwszymi studiami było Studium Wokalno Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Bardzo intensywny czas. Różne style tańca, step, śpiew klasyczny, rozrywka, zajęcia aktorskie... Egzaminy były bardzo ciężkie, zwłaszcza fizyczne. Spędziłam tam wspaniale dwa lata i wiele się nauczyłam. Później dostałam się do Akademii Teatralnej w Warszawie. Chciałam dobrze wykorzystać te 4 lata... Los tak chciał, że dostałam główna role w filmie i była to najlepsza szkoła w moim życiu. Dojrzewałam w ekstremalnym tępie, nie tylko jako aktorka. Ale w życiu aktora bardzo ważny jest spokój i stabilizacja. Cały czas pracujemy na emocjach. Trzeba być silnym.

Dzięki za rozmowę.

Dziękuję.

Czytany 29 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 11 październik 2018 13:59

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv