cinema.pl Wywiady

czwartek, 02 sierpień 2018 16:03

Przychodzę do roboty, a nie po robotę - Grzegorz Daukszewicz dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Kilka tygodni temu w jednym z warszawski lokali mieliśmy okazję spotkąć się z Grzegorzem Daukszewiczem. Aktorem znanym m.in. z serialu "Na dobre i na złe". Grzegorza można też zobaczyć w Teatrze Współczesnym. Aktor jest zaangażowany w akcje charytatywne.

 

mat.fundacjiSpotykamy się w stolicy na Placu Zbawiciela w lokalu PLAN B. Jednak Ty ostatnio wróciłeś z imprezy charytatywnej…

Faktycznie, najpierw byłem w Sopocie na imprezie dla Fundacji Przemek Dzieciom, gdzie wziąłem udział w koncercie razem z tatą. Było to ciekawe przeżycie, ponieważ pierwszy raz z tatą pojawiłem się na scenie. Moja rola sprowadzała się głównie do tego, że tatę zapowiadałem na scenie oraz dodatkowo przeczytałem dwa jego teksty. Było bardzo miło i wzruszająco. Kolejna impreza, którą poprowadziłem, to „Zaczarowana piosenka” Anny Dymnej. Drugi raz miałem tę przyjemność poprowadzić półfinał. Uważam, że jest to jedna z najpiękniejszych imprez. Czesław Mozil, który był członkiem jury, stwierdził, że impreza przywróciła mu wiarę w świat.

Fajne jest to, że Wy Artyści wykorzystujecie swoją popularność w celach charytatywnych, aby pomóc czy zwrócić uwagę na problemy słabszych.

„Zaczarowana Piosenka” jest super inicjatywą. Świetnie, że utalentowani ludzie, którzy są określani mianem niepełnosprawnych, tak naprawdę w rzeczywistości są bardzo sprawni. To nadal temat tabu, który teraz jest bardzo silnie poruszany u nas i na świecie, a wiadomo nie należy on do najłatwiejszych. Myślę, że takie idee jak „Zaczarowana piosenka” otwierają ludzi na ten świat, który mimo wszystko jest zamknięty, trochę nieobecny.

Tym bardziej, że mamy mnóstwo programów typu show, gdzie mało kiedy występują osoby niepełnosprawne.

Tak, dostęp jest zamknięty, ponieważ nadal pojawia się lęk przed nieznanym. Obawiamy, że niepełnosprawny tzn., że coś jest nie tak. Ludzie często żyją w świadomości, że jak ktoś jest niepełnosprawny, to powinien siedzieć w domu i się nie pokazywać, nie wychodzić do świata. Jest wręcz przeciwnie. Są to często osoby, które bardzo wiele mają do powiedzenia i pokazania. Wydaje mi się, że impreza Ani Dymnej jest największym testamentem tego.

Czasami jest tak, że samo otoczenie, środowisko, w którym znajduje się dana osoba nie pomaga.

My jesteśmy tylko w stanie promować takie akcje poprzez barnie udziału w nich. Uważam jednak, że trzeba robić o wiele więcej, chociażby poprzez udostępnienie informacji o nich. Nie może się to wszystko opierać na wspaniałej działalności takich Fundacji jak Ani Dymnej. Uważam, że media zarówno państwowe jak i prywatne powinny promować tego rodzaju przedsięwzięcia.

Wspomniałeś, że wystąpiłeś z tatą. Jak wrażenia?

Szczerze przyznam, że nie pamiętam czy kiedykolwiek miałem taką tremę. Dla mnie to było trochę surrealistyczne. Mam 33 lata i mojego tatę znam od zawsze przede wszystkim jako mojego tatę. Artysta znany jako Krzysztof Daukszewicz dla mnie był zawsze tatą i nagłe wystąpienie z nim na jednej scenie z jednej strony był dla mnie przeżyciem metafizycznym, a z drugiej – niezwykle stresującym. To jest gościu, który jest starym wygą, czuje się na scenie jak na salonie, jak ryba w wodzie. Oczywiście też jestem już czas jakiś na scenie, ale jednak w innym charakterze, innej naturze. Jako aktor mam przygotowany tekst, który po wielu próbach i staraniach siedzi u mnie w głowie. To wszystko w pewnym stopniu jest ułożone, a tutaj potrzebna jest niezwykła umiejętność improwizacji, którą mój ojciec ma w małym palcu. Jak pojawiliśmy się na scenie, to poszło, było bardzo radośnie. Mieliśmy też bardzo życzliwą widownię. W pierwszym rzędzie siedziała Pani Henryka Krzywonos, która dodawała niezwykłego powera. To są fajne inicjatywy. Wydaje mi się, że powstają małym kosztem z naszej strony może wytworzyć się coś fajnego, dobrego i wartościowego.

A czy tata przestrzegał i mówił np. abyś sobie porządny zawód wybrał? Nazwisko zobowiązuje? Do szkoły dwa razy zdawałeś…

Tak, faktycznie. Do szkoły dostałem się za drugim razem. Do Warszawy i do Łodzi. Za pierwszym  zdawałem tylko do Warszawy i oblałem od razu na pierwszym etapie. To było bardzo bolesne, ale też bardzo pouczające. Myślę, że w jakimś stopniu tak, ale nie dlatego, że możesz przynieść wstyd rodzinie, w moim przypadku ojcu. To nie chodzi o spuściznę. Chodzi o to, że jeżeli wychodzisz z rodziny z tradycjami artystycznymi, postanawiasz podążać tą drogą, to nie możesz odcinać kuponów od tego. Jest taka możliwość, że możesz bazować na tym i jakoś zaistnieć. Zawsze możesz dostać jakąś małą rolę w serialu, załapiesz się do reklamy, ale będziesz robić to po macoszemu i tym samym robisz sobie krzywdę. Ludzie będą Ci  to wypominać, wiele razy czytałem mnóstwo bzdur na swój temat, Maćka Stuhra, czy Bartka Opanii, że to jest nepotyzm.

Z drugiej strony widza nie oszukasz chociażby w teatrze.

Zdecydowanie. Teatr jest sprawdzianem. To warsztat, miejsce w którym tak naprawdę pokazujesz czy odcinasz te kupony czy nie, czy umiesz to czy nie. Przede wszystkim jednak czy kochasz swoją robotę. Nikt Ci nie zabroni robić tego, co kochasz.

Dwa razy zdawałeś do szkoły…to jest upór…  Masz jakieś wskazówki dla tych, którzy chcą iść w aktorstwo?

Z tymi wskazówkami jest trudna sprawa, ponieważ wskazówki możesz dawać komuś, kto rzeczywiście chce to robić. Jak masz takie spotkanie z młodzieżą, masz żywe zainteresowanie przede wszystkim osobą. Pytają o to, jak ten zawód wygląda, jak przez niego można przechodzić, z jakimi kosztami się to wiąże. Ja samego siebie pamiętam z okresu podstawówki czy liceum. Zawsze z tyłu głowy miałem aktorstwo, ale  też masę innych pomysłów. W tym wieku mało kto ma sprecyzowane plany na przyszłość. Kilka dni temu rozmawiałem z Bronią Zamachowską, która miała świetny rok, dwie nominacje do Orłów. Jest młoda i niesamowicie zdolna, w tym mądra i pokorna. Zapytałem czy zdaje, odpowiedziała, że nie ma pojęcia. Ja to doskonale rozumiem, ponieważ nie jest to czas w życiu młodego człowieka, aby wiedzieć co chce się robić. Poza tym uważam, że nawet lepiej jak się w tym wieku nie wie co się chce robić. To jest czas kiedy powinniśmy zbierać doświadczenia, wyciągać wnioski, a nie iść za jakimś widzi mi się, ponieważ to może zaważyć na całym twoim życiu.

W takim razie co z marzeniami?

Marzenia to podstawa. Jeżeli wiesz co chcesz robić, to nic nie powinno Cię powstrzymać. Ja byłem bardzo zdeterminowany, aby dostać się do szkoły teatralnej. To, że nie zdałem za pierwszym razem, to w dużym stopniu moja wina. Nie byłem wystarczająco dobrze przygotowany. Nie wiedziałem, że mam kłopoty z dykcją, która powinno się ćwiczyć. Tekstów nauczyłem się na ostatnią chwilę i bardziej myślałem o nim, niż o tym co chciałbym przekazać komisji. To była bardzo fajna lekcja. Dostałem po tyłku, ale słusznie. To mnie tylko zmotywowało, ponieważ wiedziałem, że to chcę robić.

W takim razie jaka jest ta robota. Może pogadajmy o plusach zamiast o minusach.

O minusach też możemy pogadać, ponieważ bardzo zmienia się perspektywa. W zawodzie jestem już 8 lat, z okresem studiowanie trochę dłużej.  Plusy tegoPrzychodzę do roboty, a nie po robotę - Grzegorz Daukszewicz dla cinema.plzawodu, to spotkania z ludźmi. Zawód ten wymaga permanentnego uczenia się rzeczy, o których byś wcześniej nie pomyślała, którymi nie byłabyś zainteresowana. Nagle jednak dostajesz rolę, która wymaga pewnych umiejętności i okazuję się, że masz talent, smykałkę do czegoś zupełni nowego. Czasami może to przerodzić się w Twoją pasję. To niepodważalny walor tego zawodu. Poza tym uwielbiam obserwować ludzi, to jest moja największa przyjemność. Lubię siedzieć, tak jak my dzisiaj w lokalu „Plan B” i przyglądać się ludziom. Jest to przyjemność, której nie wyobrażam sobie kiedykolwiek stracić.

Te obserwacje potem wykorzystujesz w zawodzie?

Oczywiście. Wydaje mi się, że esencją tego zawodu jest to aby obserwować, poznawać ludzi. Aktorstwo i psychologia są dla mnie pokrewnymi kierunkami. W różny sposób się wiążą, ponieważ psychologia polega na tym, aby zgłębiać drugiego człowieka w celu leczenia go. W aktorstwie zaś to poznawanie człowieka w celach „pasożytniczych” tzn. żywimi się nimi.

Z drugiej strony ludzie, czyli publiczność Was też obserwuje.

To prawda. My w teatrze również obserwujemy widownie i mam nadzieję, że widzą o tym i to czują. To jest obustronna obserwacja.

Tym bardziej, że teatr, spektakl za każdym razem jest inny.

Dokładnie, każdy spektakl jest inny, każda widownia jest inna. Za każdym razem jest inna energia i trzeba na bieżąco prowadzić dialog.

Przejdźmy do tego co jest aktualne, czyli „Na dobre i na złe”. Podobno na planie towarzyszą Wam prawdziwi lekarze, doradcy…

Nasza wiodąca scenarzystka jest lekarzem z wykształcenia. To samo w sobie pokazuje, że serial powstaje pod czujnym okiem profesjonalistów. Mamy też konsultantów medycznych, którzy nam mówią, pokazują, jak mają wyglądać pewne zachowania, rzeczy, sytuacje. Gdy np. świeżo po umyciu rąk przed operacją, to nikt nie może nas dotknąć. To jest bardzo cenne, ponieważ unikamy wielu wpadek, które i tak się zdarzają. Aktora nikt na 100 % nie przypilnuje.

Podejrzewam, że często widzowie zwracają się do ciebie Panie Doktorze…

Tak, ale ja to bardzo lubię, gdy zwracają się "Panie Doktorze" lub "Panie Adamie". Był taki moment, że miałem intensywny czas na planie serialu i wtedy w moim życiu było więcej Adama niż Grzegorza. Wtedy miałem tendencje do odwracania się, gdy ktoś za mną wołał Adam.

Serial ma lat 18, a Ty jesteś w nim 6. Pamiętasz początki?

Początki były ciekawe, tym bardziej że „Na dobre i na złe” tak naprawdę było moją pierwszą poważną przygodą z kamerą. Wcześniej zahaczyłem o dwa mikroepizody, jednak nie wiedziałem na czym polega praca z kamerą. Była to dla mnie stresująca szkoła. 4 lata grałem tylko w teatrze. Dodatkowo w warszawskiej szkole teatralnej, ale też krakowskiej czy wrocławskiej zajęcia pracy z kamerą nie funkcjonują. Są traktowane po macoszemu, więc jak później „wypływamy na tę głęboką wodę” i stajemy przed kamerą na castingu, to pada pytanie „Dlaczego Pan mówi tak głośno?”. Nagle okazuje się, że nic nie wiemy o tej robocie. Uczymy się dopiero jak dostaniemy rolę, więc te początki są trudne. Przyznam też, że siebie nie lubię oglądać na ekranie.
To jest niezdrowe i wątpliwa przyjemność. Jeżeli ktoś siebie i ogląda i się podziwia, to może występować zagrożenie braku rozwoju. Owszem czasami podglądam siebie, ale tylko w celach samoszkolenia, rozwoju i podchodzę do tego czysto profesjonalnie. Jeżeli widzę, że jest jedna scena dobra na cały odcinek, to uważam, że to jest dobra robota.

Wracając do tego co powiedziałeś. Wielu aktorów potwierdza Twoje zdanie, że póki się jest w szkole, to jest się „pod kloszem”. Gdy się z tej szkoły wychodzi, to już nie musi być tak różowo.

Dokładnie. Po wyjściu ze szkoły często okazuję się, że świat jest bardziej brutalny. Jest mnóstwo czynników, które są  niezależne od nas, nie my decydujemy o naszym powodzeniu na rynku. Sam talent nie wystarczy, musisz też mieć siłę przebicia, musisz mieć naprawdę dużo szczęścia. Nigdy nie wiesz kiedy się znajdziesz w odpowiednim czasie i miejscu. Niektórzy czekają całymi latami na pierwszy sukces, inni  nigdy nie doczekają się. Zaś inni od razu zaczynają z wysokiego „C”, mają udany debiut i czasami gdzieś gubią się w tym świecie. W takich przypadkach presja jest ogromna, wszyscy Cię obserwują, ponieważ każda kolejna rola powinna być lepsza, a Tobie brakuje doświadczenia.

Na pewno tej sytuacji nie pomaga fakt, że mamy mnóstwo szkół państwowych, ale też prywatnych. Z drugiej jednak strony są aktorzy, którzy „wystrzelili” np. po „40”, chociażby Agata Kulesza.

Późno zaczynał też np. Andrzej Chyra, Marcin Dorociński. Moja serdeczna koleżanka z teatru Agnieszka Suchora, która ostatnio zagrała dużą rolę w filmie „Cicha  noc”. Wszyscy krytycy i widzowie zastanawiali się, gdzie do tej pory była, a gra w Teatrze Współczesnym. Inny problem był też taki, że nie chodziła na castingi. Nie mamy możliwości chodzić na wszystkie. Z jednej strony taki casting jest treningiem, a my zawsze powinniśmy być w treningu, a z drugiej – jest to jedyny moment, w którym mamy szanse pokazania się gdzieś. Taka sytuacja nie powinna nas dziwić. Co roku mnóstwo aktorów wychodzi ze szkół, a tym samym jest mnóstwo aktorów na rynku, którzy chcą grać,  czekają na swoją szansę,  są nieodkryci, a są tak mega zdolni, że czapki z głów i (BUTY Z KAPCI).

O wspomnianych castingach jakiś czas temu opowiadała mi reżyserka Małgosia Szumowska, która również nie lubi castingów. Jak Ty je odbierasz? Bo z drugiej strony to jest taka rozmowa o pracę?

Długo wychodziłem z założenia, że casting jest moim być albo nie być. To było bardzo złe podejście. Jakiś czas temu przeczytałem wywiad z aktorem, którego uwielbiam i który również został późno odkryty. On powiedział, że castingi to takie być albo nie być, że przychodził na nie po pracę. Zmienił nastawienia na „ja tu przychodzę pracować” i to myślenie, niby proste, ale pomaga. Teraz jak przychodzę na casting, wychodzę z założenia, że przychodzę do roboty, a nie po robotę. Tzn. przychodzę robię swoje najlepiej jak potrafię i na tyle na ile pozwala mi na to energia w danym dniu, a reszta nie jest już w moich rękach. Gdy wychodzisz z tego założenia, to faktycznie ta praca częściej do Ciebie przychodzi. Ty też masz w głowie święty spokój.

Czyli pozytywne nastawienie.

Pozytywne myślenie zawsze powinno być, ponieważ energia jest silna. Na castingu każdy odczuwa z jakim nastawieniem przyszedłeś. Jeżeli masz w sobie jakieś napięcie, smutek, niepewność, to wszystko widać, a kamera wyłapuje wszystkie niuanse.

Tak trochę pesymizmem zawiało.

Powiedziałbym bardziej pragmatycznie. Może to wyniknęło z faktu, że ostatnie dwa lata były dla mnie bardzo przełomowe i zawodowo, i w życiu prywatnym. Ten rok będzie rokiem, w którym będę zbierał lub nie owoce pewnych, podjętych decyzji. Nie podchodzę pesymistycznie. Nauczyłem się zauważać ceny, jakie się płaci za bycie w tym zawodzie i wykonywanie go. To są często koszty zdrowotne, łatwo się w tym wszystkim zapomnieć. Ta praca polega na tym, że grasz kogoś kim w rzeczywistości nie jesteś i musisz to zrobić tak aby to wyszło najsensowniej i najbardziej realistycznie. Musisz zmienić swoje myślenie i przekraczać kolejne granice samego siebie. Jeżeli nie masz ułożonego swojego życia prywatnego, nie wiesz jak zrzucać te stresy, to może potem być źle, mogą pojawić się np. stany depresyjne.

Zauważyłam też, że wielu ludzi istnieje, ale raczej „na ścianach”. Ciebie nie widać.

Każdy ma wizję siebie w tym zawodzie. Nie oceniam tych, którzy istnieją na Instagramie, Facebooku, ponieważ to też jest promocja, dostosowana do czasów. Ten zawód też ewoluuje, a promocja jest namacalnym, nieoderwalnym elementem. Ja bardzo lubię moje życie prywatne, więc nie mam zamiaru naginać się do pewnych sytuacji i robić rzeczy wbrew sobie.

A co Twój tata na to co dzieje się dzisiaj. Łapie się za głowę?

Nie. Zawsze mi powtarza, że nie zazdrości naszemu pokoleniu i następnym pokoleniom. Nawet my odczuwamy, że to tempo stało się zawrotne. Kiedy kończyłem szkołę teatralną, promocja na tzw. socilamediach nie istniała. Jego martwi presja, na którą my jesteśmy skazani.  Z drugiej strony jest to naturalna kolej rzeczy, świat idzie swoim torem, do przodu. Mój tata jest facetem retro, do dzisiaj wszystkie teksty pisze na maszynie do pisania. Uważam, że jest to absolutnie niepowtarzalne i nie do podrobienia. To są jego wybory i od niego tego się nauczyłem. Może faktycznie więcej propozycji by padało, gdybym się tak promował, gdybym chodził na ścianki, na eventy, ale z drugiej strony nie powinniśmy robić rzeczy wbrew sobie.

Czytany 1269 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 18 listopad 2018 13:29

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv