cinema.pl Wywiady

poniedziałek, 23 październik 2017 11:59

"Jestem romantyczką" - Olga Bołądź o film "Człowiek z magicznym pudełkiem"

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

W piątek do kin wszedł film Bodo Koxa "Człowiek z magicznym pudełkiem". Wywiad z Olgą Bołądź, gwiazdą filmu „Człowiek z magicznym pudełkiem” (mat.pras.)

 


"Jestem romantyczką" - Olga Bołądź o film "Człowiek z magicznym pudełkiem"„Z naszego filmu jasno wynika, że w życiu oprócz miłości nic nie jest ważne” – mówi gwiazda „Człowieka z magicznym pudełkiem”, Olga Bołądź. Niezwykły film o uczuciu potrafiącym pokonać granice czasoprzestrzeni można już oglądać w kinach, a więcej informacji o produkcji przynosi wywiad z odtwórczynią roli Gori – niedostępnej femme fatale z Warszawy roku 2030. W obszernej rozmowie Olga Bołądź opowiada nie tylko o swojej bohaterce, ale również o modzie, erze Tindera, lateksie i wybudzaniu się z matriksu. Zachęcamy do lektury.

Kim jest dla ciebie Goria?

Osobą, która kreuje się na bardzo pewną siebie, a w środku jest niewyobrażalnie samotna. Żyje w świecie, w którym – jak mówi: „wszystkie fajne chłopaki albo poszły do wojska, albo się nią nie interesują, bo są innej orientacji”. Obok niej wszyscy nastawieni są tylko i wyłącznie na siebie. To jest świat ludzi okropnie samotnych.

Świat ludzi samotnych to świat przyszłości czy już współczesności?

Nasz film jest wyrazem tego, jak już się czujemy i obaw przed tym, jak możemy się czuć za 15 lat, kiedy na pewno będziemy jeszcze bardziej samotni. Technologia otoczy nas wtedy jeszcze intensywniej i zabierze nam czas na życie, którego i tak już nam brakuje. Coraz więcej pracujemy, a coraz mniej korzystamy z codzienności. Goria jest osobą, która w takiej rzeczywistości wyrosła, brak życia prywatnego to dla niej norma. Na dodatek żyje w świecie, który jest po katastrofie albo po konflikcie zbrojnym. Jest w nim smutno i szaro. Nie ma czystego powietrza, a największy luksus to reglamentowana woda, za którą płaci się jak za Dom Perignon.

Sama jaki masz stosunek do technologii?

Od dawna nie korzystam z komputera, bo wszystko mam w telefonie. W efekcie zawodowe mejle non stop do mnie przychodzą, tak samo jak i telefony w sprawach wywiadów, planów, przymiarek, teatru… Nieustannie zalewa mnie fala moich obowiązków, tego, co po prostu muszę zrobić. Nie mam tak, że przychodzi godzina 17:00 i ja się odłączam, kończę pracę. Zdarza mi się, że o 23 jeszcze załatwiam sprawy zawodowe. Naprawdę nie mam czasu na życie, stąd czasami moja potrzeba odcięcia się od tego wszystkiego. Ja już mam problem z nadmierną obecnością technologii, a w świecie, który my w filmie pokazujemy, moja bohaterka ma przecież okulary, które przewijają jej informacje, a w ręku ma zamontowanego chipa. Ciasteczka – cookies wiedzą już o niej wszystko, a telewizor, który mija, wyświetla jej reklamę według jej potrzeb. Opowiadamy tak naprawdę o świecie, który jest pozbawiony prywatności, a ludzie w nim sami dla siebie nie mają znaczenia.

Dopóki nie przychodzi miłość.

Kiedy Goria poznaje osobę, która prawdziwie na nią patrzy i jest spokojna, szczera i mówi o rzeczach istotnych, a nie przeprowadza small talków ani nie umawia się od razu na seks, w ogóle nie wie, jak ma się zachować ani co myśleć. Mimo że żyjemy w czasach Tindera, kiedy najbardziej naturalne jest poszukiwanie drugiej osoby przez przesunięcie palcem w prawo albo w lewo, to i tak dążymy do tego samego - do intymności międzyludzkiej, szukamy prawdy w oczach drugiego człowieka.

Miłość nie jest zagrożona rozwojem technologii?

O tym jest ten film: o archetypie miłości, który się nie zmieni niezależnie od tego, gdzie jesteśmy, ani w jakich czasach. W życiu nam cały czas o to samo chodzi: o prawdziwe doznanie, przeżycie, uniesienie. Z naszego filmu jasno wynika, że w życiu oprócz miłości nic nie jest ważne.

Czy łatwo było ci wejść w świat przyszłości wykreowany przez Bodo Koksa?

Dla mnie ten świat jest z jednej strony osadzony w przyszłości, ale z drugiej strony, ta przyszłość jest oldschoolowa. Mam wrażenie, że jest to przyszłość opowiadana z perspektywy lat 70. To pewnego rodzaju zamierzenie artystyczne, gra z widzem. Nie pokażemy wam świata wykreowanego za kilkaset milionów dolarów, bo operujemy innym budżetem, ale pokażemy wam go sposobem: przez pewien pryzmat i z przymróżeniem oka. I ja to czuję. To jest cała istota aktorstwa, żeby potrafić wejść w świat reżysera, zidentyfikować się z nim i przyjąć go za swój. Oczywiście, my zawsze wnosimy swój świat, bo ze spotkania aktora z reżyserem wychodzi nowa jakość. Ja to, co przedstawił mi Bodo, rozumiem po swojemu, przefiltrowuję przez moje doświadczenia i emocjonalność. Nie jestem w jego głowie, a jedynie gram wyobrażeniem tego, co w niej jest.

Jak wyglądała praca z nim?

To była przede wszystkim praca z kimś, kto jest jakiś, kto pozwala, żeby jego wrażliwość wyszła na świat, kto z nutką sarkazmu, ale jednocześnie bardzo serio podchodzi do najważniejszej i kruchej emocji, czyli do miłości. On podchodzi do niej przez nas, swoich bohaterów, bo my wszyscy jesteśmy trochę nim w tym filmie, albo historią jego życia w wykreowanym przez niego świecie. On się z tematem miłości w tym filmie boksuje i to na sposób autorski: nie przedstawia tego w realu ani w gatunku melodramatu czy komedii romantycznej, tylko w swoim oryginalnym, kreacyjnym filmie. On ma swój realizm magiczny, realizm Bodo Koksa, i to jest fajne, że ja mogłam uczestniczyć w tym świecie. Bardzo ciekawi mnie jako widza, co on nam dalej zaproponuje.

Twoja bohaterka nosi bardzo oryginalne stroje. Czy uczestniczyłaś w ich projektowaniu?

Wygląd strojów był efektem wizji kostiumografki Katarzyny Adamczyk i Bodo. Oddaję pełen honor ich talentowi do kostiumów, z przyjemnością się ich wizji poddałam. Oczywiście, mówiłam im, co mi się bardziej podoba, a co mniej, co Goria powinna mieć, a czego nie. Słuchali się mnie.

Co zaproponowałaś?

Na przykład to, jaki Goria ma nosić lateks. Dobraliśmy go już pod to, jak ja w nim wyglądam i jak się w nim czuję. Zaproponowałam też, jakie ma nosić buty. Zdecydowaliśmy, że ona nie będzie miała żadnych obcasów, tylko płaskie podeszwy, które dziwnie wyglądają, bo są utrzymane w stylu Martensów. Ona musiała być bardzo wyzywająca, bo seksualność to jest wszystko, co ma, i to jest jej waluta w jej świecie. Mocno szliśmy w seksualność, ale z drugiej strony szliśmy też w design, który króluje nad wygodą i dzisiejszym stylem dresiarza i luzaka, który ja osobiście preferuję na co dzień. Podeszliśmy do niej trochę tak, jakbyśmy podeszli do formy designu mebli czy rzeczy nieużytkowych: jej kostiumy są kompletnie niepraktyczne, ale bardzo designerskie i w nich wyraża się inność tego świata. Uważam, że była genialnie ubrana.

Czy udało ci się zatrzymać któryś z kostiumów?

Zachowałam sobie sukienkę z lat 50., bo są to moje ukochane lata. Dziś wisi w mojej szafie.

Co jest takiego pociągającego w tej dekadzie?

To, że jest tam wyraźnie zarysowana kobiecość i męskość. Wtedy ludzie musieli jeszcze o wszystko walczyć, wszystko zdobywać: prawa, równość, demokrację. Mówię generalnie o świecie, nie o Polsce, która była czasem terroru i wielkiego strachu. Ludzie mieli wtedy o co zabiegać i starać się, była w nich determinacja. Ale życie było spokojniejsze wtedy, niż dziś, wolniejsze, nie pędzili tak. To są takie czasy, do których lubię wracać i sięgać po design z tamtego okresu.

Dzisiejsze czasy mniej lubisz?

Uważam, że współczesność jest kompletnie podporządkowane naszej wygodzie i nie jest to niczym podparte, żadną wielką ideą. Ludzie dążą do tego, żeby było im miło i fajnie. Jeżeli to tracą, to robią wszystko, żeby do tego powrócić, byle tylko było wygodnie.

W modzie też tak to wygląda?

W modzie wszystko jest dziś takie samo, nawet kanon piękna zrobił się jednolity. Dla mnie zawsze liczy się indywidualizm - ktoś ma być jakiś, niezależnie od tego, czy mówimy o modzie, czy o sztuce. Jeżeli potrafi iść pod prąd, to tym bardziej go docenię. Natomiast teraz ogólnie chodzi nam tylko o to, żebyśmy wyglądali ładnie i milutko. Ja lubię w modzie ludzi, którzy są inni: Franco Moschino, Vivienne Westwood, naśladowcy Alexandra McQueena - oni są jacyś. Indywidualizm to jest coś, co coraz rzadziej widzę w tych czasach.

W kinie też?

W kinie na szczęście wciąż spotykam się z kompletnymi kontrastami i skrajnościami. Cieszy mnie to, bo uważam, że na wszystko jest miejsce. Kino powinno być różne. Uwielbiam spotkania na planie z indywidualnościami, bo one mnie rozwijają, ale też wybudzają z letargu, kiedy ktoś czegoś ode mnie wymaga. Nie lubię zatrzymywać się na wygodzie. Ja nie chcę, żeby mi było miło i wygodnie. Jeżeli ma być mi trudno, to niech będzie - będzie to przynajmniej dla mnie jakaś lekcja. Chcę się spotykać z indywidualistami, którzy mają coś do powiedzenia. Mogę się z nimi zgadzać albo nie zgadzać, ale to, co mówią, przynajmniej jest jakieś. Widzę, że te spotkania mnie konfrontują - czasem z czymś dobrym, a czasem z czymś złym. Zdarza mi się, że łapię się na tym, że przysypiam w życiu i ono mi przechodzi przez palce, nie wynoszę żadnych lekcji ani nie wyciągam wniosków i sama robię się wygodna i płynę z prądem, a moje opinie przestają być moimi opiniami, a zaczynają być po prostu średnią sondażową. Wtedy mam taki krzyk w głowie: „Budź się, budź się, wybudzaj się z matriksu!”. Tak łatwo jest dziś spać, ale dzięki Bodo doznałam kolejnego przebudzenia. Znów wiem, po co uprawiam ten zawód.

Co w Tobie zostanie po spotkaniu z nim?

Na pewno piękna opowieść o miłość i o tym, żeby doceniać to, co jest najistotniejsze w życiu, czyli prawdę w emocji, żeby się jej nie bać, żeby od niej nie uciekać, żeby w życiu nie chodziło o to, żeby było miło, tylko że warto czekać na taką iskrę. Kino sprzedaje nam piękny sen o miłości. Z uwagi na to, że jestem romantyczką, to do mnie takie opowieści przemawiają. Dzięki nim wiem, że każde cierpienie jest warte wytrwania. Dla tych wszystkich, którzy pragną, a wątpią, seans takiego filmu sprawia, że znowu chce się oczekiwać i marzyć.

 

Foto: Bartosz Mrozowski

 

CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM

już w kinach

Warszawa, rok 2030. Wydawać by się mogło, że dla Adama (Piotr Polak) lepsze jutro było… wczoraj. Dotknięty zanikiem pamięci bohater musi zacząć wszystko od nowa. Przeprowadza się i rozpoczyna pracę w potężnej korporacji. Poznaje w niej atrakcyjną Gorię (Olga Bołądź), którą jest totalnie oczarowany. Początkowo dziewczyna opiera się jego zalotom, uparcie twierdząc, że nie jest w jej typie. Gdy jednak romans nabiera rumieńców, chłopak dokonuje niebywałego odkrycia. W swoim nowym mieszkaniu znajduje stare radio, które nadaje audycje z lat 50. Okazuje się, że niezwykły odbiornik emituje również fale umożliwiające teleportację. Podczas jednej z podróży w czasie Adam „utyka” w 1952 roku. Zaniepokojona nieobecnością ukochanego Goria podejmuje się fascynującej, ale i niebezpiecznej misji sprowadzenia go z powrotem.

W rolach głównych w filmie zobaczymy Olgę Bołądź („Botoks”) oraz debiutującego w głównej roli Piotra Polaka. Na ekranie partnerują im: Arkadiusz Jakubik („Pod Mocnym Aniołem”), Agata Buzek („Niewinne”), Wojciech Zieliński („Zgoda”), Bartosz Bielenia („Na granicy”), Bartłomiej Firlet („Planeta Singli”), Sebastian Stankiewicz („Amok”) oraz Helena Norowicz („Zaćma”).

Reżyserem filmu jest Bodo Kox, twórca wielokrotnie nagradzanej „Dziewczyny z szafy”, najlepszego polskiego filmu MFF Camerimage. Scenariusz „Człowieka z magicznym pudełkiem” otrzymał specjalne wyróżnienie w prestiżowym konkursie ScripTeast im. Krzysztofa Kieślowskiego w Cannes. Za zdjęcia do filmu odpowiadają wybitny polski operator Arkadiusz Tomiak („Obława”, „Dziewczyna z szafy”, „Karbala”) oraz debiutujący w pełnym metrażu Dominik Danilczyk. Scenografia to dzieło Wojciecha Żogały, wielokrotnie nagradzanego, m.in. za film Łukasza Palkowskiego „Bogowie” na Festiwalu Filmowym w Gdyni w 2014 roku. Kostiumy stworzyła Katarzyna Adamczyk, która z Bodo Koxem pracowała przy jego poprzednim filmie „Dziewczyna z szafy”. Charakteryzacją zajęła się również nagrodzona w Gdyni za „Bogów” – Agnieszka Hodowana, która współpracowała m.in. z Małgorzatą Szumowską przy „Body/Ciało” i Marcinem Wroną przy jego ostatnim filmie „Demon”. Za montaż odpowiedzialna jest Milenia Fiedler („Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”, „Dziewczyna z szafy”, „Wałęsa. Człowiek z nadziei”, „Katyń”).

 Film „Człowiek z magicznym pudełkiem” znalazł się w prestiżowym gronie produkcji nominowanych do Złotych Lwów 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W trakcie imprezy zdobył nagrodę za najlepszą muzykę autorstwa włoskiego artysty Sandro Di Stefano. Światowa premiera „Człowieka z magicznym pudełkiem” odbędzie się w ramach 22. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Busan, natomiast polska została zaplanowana na 20 października. Przed tą datą „Człowieka z magicznym pudełkiem” będzie można oglądać na specjalnych pokazach w ramach konkursowej sekcji 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.



Gatunek: romans

Produkcja: Polska 2017

Reżyseria: Bodo Kox

Producent: Izabela Igel, Roman Jarosz, Alter Ego Pictures Sp. z o.o.

Koproducenci: TVN, Studio Produkcyjne ORKA, Mazowiecki Fundusz Filmowy, Harine Films, VARGO FILMS (Włochy)

Obsada: Olga Bołądź („Służby specjalne”, „Zaćma”, „Słaba płeć?”, „Dziewczyna z szafy”), Piotr Polak („Kto nigdy nie żył…”, seria „Nad Rozlewiskiem”), Arkadiusz Jakubik („Wołyń”, „Jestem mordercą”, „Carte Blanche”, „Pod Mocnym Aniołem”), Wojciech Zieliński („Czerwony pająk”, „Służby specjalne”, „Kamienie na szaniec”, „Chrzest”), Agata Buzek („Niewinne”, „11 minut”, „Fotograf”, „Rewers”), Sebastian Stankiewicz („7 rzeczy, których nie wiecie o facetach”, „Disco Polo”, „Listy do M 2”, „Bilet na Księżyc”), Helena Norowicz („Niewinne”, „Zaćma”, „Ederly”), Bartosz Bielenia („Na granicy”, „Disco Polo”), Bartłomiej Firlet („Planeta Singli”, „Dzień kobiet”, „80 milionów”)

Czytany 196 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 05 listopad 2017 15:27

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv