cinema.pl Wywiady

wtorek, 01 listopad 2016 10:19

Pomysł z czasów liceum

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Tytułowe EDERLY to miasto istniejące poza czasem, na granicy realnego świata i snu. Może się wydawać, że istnieje tylko po to, by mógł do niego trafić główny bohater - Słow. Miasto i jego mieszkańcy osaczają bohatera. Pokusa, by uległ i wyzbył się swojej tożsamości jest bardzo silna. Niezdecydowanie Słowa (w tej roli doskonały Mariusz Bonaszewski) niepokoi i bawi zarazem. Kto wygra w tej grze? Czy ktokolwiek może w niej wygrać?



WYWIAD Z PIOTREM DUMAŁĄ:

Kuba Armata: Chcąc mówić o początkach „Ederly”, trzeba mocno sięgnąć w przeszłość?

Piotr Dumała, gość MFF T-Mobile Nowe Horyzonty: Ten pomysł ewoluował od czasów liceum. Wtedy pojawił się zalążek, który po prostu mi się przyśnił. To był czas, kiedy pisałem do szuflady. Pisząc, robiłem filmy w wyobraźni, i to był jeden z pierwszych takich filmów. Wróciłem do tego w momencie, gdy postanowiłem napisać to porządnie. Myślałem, że będzie szansa na minipowieść, ale doszła ona do półmetka. Ukazywała się w odcinkach w czasopiśmie „Kino”. Trwało to dwa lata, po czym utknąłem. Na scenie erotycznej, bo uważam, że bardzo trudno napisać taką scenę, by nie była kiczowata. Poczułem, że trzeba się zatrzymać. Po raz trzeci wróciłem do tematu, kiedy wraz z Beatą Walentowską montowałem „Las”.

Scenariusz znacznie różnił się od powieści?

– Scenariusz bardziej szedł w kierunku komediowym. Tak się zdarzyło, że zacząłem wyczuwać w tej opowieści materiał na tego typu kino. Cieszyło mnie, że odchodzę od całożyciowego wzoru, który ustawiał mnie w kręgu Kafki, Dostojewskiego, śmierci czy innych ponurych tematów. Jeśli już, to powiedziałbym, że to Kafka na wesoło.

Ponoć lubicie nazywać „Ederly” komedią.

– Tak bym go najchętniej określił. Ale to kwestia nazewnictwa. Możemy nazwać film psychologicznym, a dostrzegać w nim dowcipne aspekty. I odwrotnie, nazwać komedią, pod którą ukryte są poważne treści. I tak patrzę na ten film, a jest w nim też dużo poważnych, tajemniczych, dziwnych i niewyjaśnionych rzeczy.

Surrealizm i absurd narzucają skojarzenia z czeską komedią. To dobry trop?

– Zdecydowanie. Wychowałem się na Szwejku. To dla mnie niedościgniony wzór książki komediowej. Ten rodzaj humoru i budowanie go wokół niesamowicie komicznych postaci. Było mi to bliskie. W swoim życiu spotkałem wiele osób, które były śmieszne, mimo że w założeniu wcale takie nie chciały być. Mój ojciec, jego znajomi, moi wujkowie i ciotki, koledzy z podstawówki, nauczyciele, sąsiedzi, księża. W niezamierzony sposób byli komiczni, bo życie takie jest, jeżeli w odpowiedni sposób się na nie spojrzy. Od dziecka pisałem do szuflady powieści i sztuki teatralne i właśnie wokół tych osób budowałem komizm. Drugim czeskim tropem są Homolkowie, wzór komedii filmowej, również tworzonej wokół komicznych postaci i kreowanych przez nie zdarzeń. To komedia ludzka, pełny realizm i spiętrzenia absurdu, jaki przydarza się w życiu.

Miasteczko Ederly funkcjonuje poza czasem. To z kolei przypomina mi realizm magiczny.

– To bardzo ciekawy trop, o którym rozmawiałem kiedyś z nauczycielką gry na pianinie mojej córki. Zafascynowana tangiem jeździ do Argentyny i zna dobrze ten region. Kiedy zobaczyła pierwszą układkę filmu, powiedziała, że dla niej to właśnie realizm magiczny. I tak się stało, że pierwszy pokaz „Ederly” odbył się na festiwalu w Mar del Plata, gdzie znaleźliśmy się w jednej sekcji z Otarem Iosselianim, Terence’em Daviesem i Jerzym Skolimowskim. Projekcja rozpoczęła się o północy, a do trzeciej nad ranem trwała dyskusja. Widzowie nazywali nasz film realizmem magicznym. Mówili, że dziękują za kawałek Borgesa. Nie mogłem czuć się lepiej.

Producentka filmu Bożena Krakówka powiedziała, że Ederly to miasteczko wszędzie i nigdzie.

– Tak jest, bo nie chcę wiązać się z żadnym tu i teraz. Nigdy nie czułem takiej potrzeby. Chcę opowiadać historie, które mogą zdarzyć się wszędzie, zawsze i nigdzie, czyli w naszym wnętrzu. Tam czas nie płynie. Ludzie są ludźmi od czasów prehistorycznych, co najmocniej poczułem w „Grocie zapomnianych snów” Wima Wendersa. W „Ederly” miasteczko jest wymyślone, wyśnione, choć to jakby Inflanty. Jego mieszkańcy są raczej skupiskami energii niż ludźmi, których można odnieść do konkretnej rzeczywistości.

Zazwyczaj w filmach jest tak, że to bohater poszukuje tożsamości. U Pana jest odwrotnie, to różne tożsamości znajdują jego.

– Ciekawie pan to nazwał. Odwrócenie najprostszego schematu było aktem założycielskim filmu. Cały pomysł wziął się stąd, że bohater przyjeżdża do miasteczka, gdzie biorą go za kogoś innego. Oczywiście może to wyjaśnić, ale jednak tego nie robi. Idzie w to, bo sam wątpi w swoją tożsamość, a inni w tę konfuzję trafiają. W tym momencie rozpoczyna się osobliwa gra balansująca na granicy realizmu. Chciałem, żeby bohater żył w dwóch równoległych światach, które są ze sobą za pan brat i zaczynają implikować pewne zdarzenia. Otwiera się cała gama zagadek. Tak jakby widz rozwiązywał krzyżówkę.

Dlaczego zdecydował Pan, żeby nakręcić „Ederly” w czerni i bieli?

– Nie umiem posługiwać się kolorem. Obecnie pracuję nad następnym filmem animowanym i po raz kolejny widzę, że nie potrafię narysować go w kolorze. Czerń i biel interesuje mnie bardziej jako język kina. W kolorze coś mi się rozmywa. Jest on odzwierciedleniem rzeczywistości, a to mnie nie interesuje. Kolor musiałby być dla mnie symbolem. Tak było w przypadku „Łagodnej”, opartej na brązie, bieli i czerwieni. Kolor był tam życiem, krwią, zmaganiem, bólem, miłością. Za to brąz, nie wiem dlaczego, jest dla mnie kolorem Dostojewskiego. Kafka to czerń i biel. Kolor musi mieć dla mnie określony powód, żeby się pojawić. Więc na razie widzę świat nie tyle w czerni i bieli, co poprzez światło i cień.

Wraz z operatorem Adamem Sikorą przyjęliście estetykę zbliżającą „Ederly” do kina niemego, dzieł Murnaua, Dreyera. Z czego to wynikało?

– Przyjęliśmy metodę twórczą polegającą na ograniczeniach. One decydowały o kształcie filmu. Kamera tutaj nie uczestniczy w akcji, jest neutralnym obserwatorem. Zarówno w tym filmie, jak i w „Lesie” widać minimalizm pracy kamery. Nazwałbym ją odpowiednikiem postronnego obserwatora w książce. Ten film jest pewnego rodzaju wizualizacją książki, która nigdy nie powstała.

W „Ederly” obok zawodowych aktorów pojawia się też legenda polskiej myśli i krytyki filmowej – Jerzy Płażewski.

– W panu Jerzym byłem zakochany od dziecka, bo książką, z której nauczyłem się, czym jest kino, był jego „Język kina”. Znalazłem ją podczas zbiórki makulatury w podstawówce i zabrałem do domu. Od tego zaczęła się moja miłość do kina. Później poznałem Jerzego Płażewskiego, gdy odwiedzałem redakcję mego ulubionego czasopisma „Kino”, z którym współpracowałem. Kiedy zobaczyłem go na żywo, wiedziałem, że to człowiek z mojej wyobraźni. Odpowiednik postaci, jakich już na świecie nie ma, wymierającego gatunku. Jak mój ojciec, jego koledzy czy osoby, które znałem z telewizji, jak Wasowski, Przybora, Czechowicz czy profesor Witold Lubbe. W nich żyły wciąż czasy mojego dzieciństwa. Płażewski był jednym z nich. Ze swym głosem, sposobem bycia, nieskazitelnym ubiorem i odręcznym pismem drobnym maczkiem. Po raz pierwszy zagrał u mnie w animacji, podkładając głos doktora Charaktera. Miałem jednak marzenie, żeby przenieść go na ekran. Zagrał siebie. I wszyscy aktorzy zwracali się do niego: „panie profesorze”. Pośrednio wykreował nastrój pewnych sekwencji. I był perfekcyjnie sobą, nie robiliśmy z nim żadnych dubli.

 


http://cojestgrane24.wyborcza.pl/cjg24/1,338,20447476,0,Piotr-Dumala--Widze-swiat-poprzez-swiatlo-i-cien--.html?disableRedirects=true

Czytany 445 razy Ostatnio zmieniany wtorek, 01 listopad 2016 10:23

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Orgy