cinema.pl Wywiady

piątek, 19 kwiecień 2019 23:11

Wolę spotkanie w cztery oczy - Mateusz Burdach dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(6 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Młody aktor, pochodzący z Zamku Bierzgłowskiego pod Toruniem. W szkole średniej chodził do klasy o profilu biologiczno-chemicznego, aby później iść w kierunku farmacji. Na jego drodze stanęła jednak Pani z Elżbieta Szczypińska. O początkach, aktorstwie, dyplomie oraz planach na przyszłość mieliśmy okazje porozmawiać z Mateuszem Burdachem.

Bartek WarzechaJesteśmy po premierze spektaklu dyplomowego „Płatonow”. Czym dla Was młodych aktorów są takie wydarzenia?

Nazwałbym to magister w praktyce, ponieważ przede mną obrona pracy magisterskiej, której temat brzmi „Aktor w przestrzeniach opowiadań Iwaszkiewicza”. Natomiast na tę obronę praktyczną tytułu aktora scen dramatycznych składają się trzy spektakle dyplomowe, w których brałem udział. Pierwszy dyplom robił nasz cały rok, drugi był podzielony na grupy, a w trzecim brali udział studenci, którzy zostali wybrani przez reżyserkę Monikę Strzępkę. Praca nad dyplomami jest dla mnie przede wszystkim pewnym podsumowaniem studiów w Akademii Teatralnej oraz wcześniej ukończonej Akademii Muzycznej w Gdańsku na wydziale musicalu. Jest to 9 bardzo wymagających lat zdobywania warsztatu aktorskiego, wokalnego, komediowego, dramatycznego, pracy nad głosem, zabawy tym wszystkim. Narzędzia, w które się wyposażyłem dzięki przede wszystkim wspaniałej kadrze pedagogów mogę wykorzystywać w pracy z reżyserem w procesie tworzenia – w tym przypadku spektaklu dyplomowego. To jest zupełnie inna pracy od tej, którą wykonuje się przy egzaminach. Na pewnym etapie pracy „wyrzuciliśmy” z głowy to, że nie jesteśmy poddawani żadnej ocenie. Oczywiście oceniają nas widzowie, ale nie jesteśmy poddawania ocenie egzaminacyjnej. W ostatnim dyplomie Monika dała mi za zadanie wcielić się w trzy zupełnie różne charakterystycznie postaci, gdzie faktycznie na pewnym etapie pracy załamałem ręce, ponieważ zaczęło mi się wszystko mieszać np. forma ciała pozostała jednej postaci, a myślenie – drugiej. To wszystko musiałem synchronizować. Kluczowym zadaniem, jakie postawiła przede mną Monika, było stworzenie świata starców, którzy „wyskakują” z każdego kąta i nawiedzają młodych bohaterów. Przypominają o pewnych tradycjach, wychowaniu, zwyczajach, które dzisiaj się zatarły. To natręctwo, atakuję młodych, którzy nie do końca wiedza co z tym zrobić, ponieważ nie są wyposażeni w narzędzia, które posiadały wcześniejsze pokolenia. W roli starca, trzeba było sobie zmienić mentalność , a pomógł mi w tym powrót do rozmów z moimi dziadkami. Podczas pracy nad rolą do tego właśnie sięgałem. Dodatkowo ton, intonacja tej postaci jest również pewnego rodzaju natręctwem.

Oglądając ten spektakl, mam wrażenie, że mimo upływu czasu, on jest nadal aktualny. 

Jest bardzo uniwersalny. W pracy nad Płatonowem, analizując tekst, przekładaliśmy go na współczesne czasy, konflikty. Reżyserka poświęciła nam maksymalnie dużo czasu na analizę tekstu. Wywróciliśmy ten tekst poszewką na druga stronę, aby zobaczyć jak charakterystyczne są typy postaci. Uważam, że są one bardzo uniwersalne, podobnie jak temat tzw. różnic międzypokoleniowych, w których wg mnie jest ogromna przepaść. Mam wrażenie, że młode pokolenie zmierza w zupełnie innym kierunku. Myślę, że ten spektakl jest właśnie dla młodych, tym bardziej że Czechow napisał to w bardzo młodym wieku.  Z drugiej strony mam wrażenie, że młodzi z tego spektaklu wynoszą zupełnie co innego niż starsi widzowie. To młodsze pokolenie jest wychowywane w dobie internetu, inny jest też czas, wszystko dzieje się szybko, brakuje tego pola do bezpośredniej komunikacji jak choćby takich „salonowych” rozmów. Pierwsza scena spektaklu, przy pierwotnych ustaleniach, miała być w środku. Monika jednak dała ją na początek, co wg mnie jest dobrym posunięciem, ponieważ wprowadza nas od razu w ten świat ludzi starszych, ich natręctw. Mam wrażenie, że to było bardziej czytelne dla widza.

Dzieje się tak za sprawą rozwoju internetu. Ostatnio jedna z aktorek powiedziała mi, że ubolewa, że jest coraz mniej domówek. 

Dokładnie, wszystko dzieję się w biegu. Zawsze łatwiej jest napisać smsa niż się spotkać. Osobiście nad tym ubolewam. Wolę spotkanie w cztery oczy, ponieważ takie spotkanie niesie za sobą o wiele więcej.

Wracając do spektaklu, chciałam zapytać o te trzy, bardzo różne role.

Tak, był jeszcze totalnie zepsuty, rozwydrzony Cyryl. Ciężko mi było, jako Mateuszowi, znaleźć w sobie pokłady takiego charakteru, takiego zepsucia. Musiałem podziałać na kontrze. Ten bohater jest dowodem na to, że świat kręci się wokół pieniędzy. Wchodząc w postać Cyryla miałem wrażenie, że jest on za bardzo normalny. Dodatkowo dochodziły dwie inne postaci i czasami miałem wrażenie, że one wszystkie mi się miksują. Trzeba  było zbudować trzy różne mentalności. Są to trzy charakterystyczne osoby, każda z nich ma inny imperatyw do życia, inny cel. Trzeba było jeszcze opanować wiele technicznych rzeczy, o których widz nie wie. 

A jak wyglądała praca z Panią reżyser?

Na początku poświęcaliśmy wiele czasu na analizę tekstu, na to abyśmy się „wgryźli” w ten tekst, abyśmy wiedzieli jakie są tam ukryte emocje, jakie są relacje między postaciami, co jest istotą sprawy. To wszystko działo się etapami. Po czasie wchodziliśmy w sytuacje, w których improwizowaliśmy. Monika dawała nam różne zadania. Ostatnim etapem było przerzucenie tego na przestrzeń właściwą, czyli na scenę teatru.

Rozmawiamy o historii w strefie teatralnej, ale gatunek historyczny wraca do Ciebie w produkcji serialowej…Katarzyna Widmańska

Dokładnie. Mówimy tu o serialu „Korona królów”, w którym moja postać pojawiła się 10 kwietnia. Nawiązując do spektaklu Monik Strzępki, dla mnie było to bardzo ciekawe doświadczenie, że na samym początku, jeszcze przed analizą tekstu, dostaliśmy tematy do opracowania. Przy okazji postaci Cyryla dostałem temat, aby zapoznać się z życiem towarzyskim we Francji w latach 80-tych. Widz może sobie faktycznie nie zdaje sprawy, jaką strukturę merytoryczną trzeba okiełznać podczas przygotowań do danej produkcji. Uważam, że każdy aktor powinien wiedzieć co znajduję się w kontekście historycznym, jeżeli taki jest. W „Koronie królów” jesteśmy w latach 50-tych XIV wieku. Bardzo dużo dowiedziałem się o konfederacji poznańskiej, o sytuacjach, wydarzeniach, które wtedy miały miejsce.  Jest to bardzo pomocne w procesie budowania postaci. 

Chciałam o to zapytać czy przy produkcji sztywno trzymałeś się scenariusza. Podejrzewam, że szukałeś info o postaciach, ale też o samej historii, życiu w tamtych czasach.

To jest bardzo ciekawa sytuacja, mobilizuje się by zasięgnąć pewnej wiedzy. Sam zresztą byłem ciekawy jak to wszystko wtedy wyglądało po pierwsze historycznie, a po drugie nauczyło mnie to pracy z kostiumem. Szukałem informacji, zdjęć, filmików jak te kostiumy wyglądały, aby mieć pewną wizję mojej postaci. Okazało się, że, jako Bogdan Sokolnik, podczas zdjęć miałem na sobie mnóstwo warstw kostiumu, w którym musiałem jak najbardziej naturalnie grać. Poza tym zasięgałem też specjalistycznej wiedzy, a nawet skontaktowałem się z klubem sokolniczym, ponieważ wiedziałem, że czeka mnie spotkanie z żywym drapieżnikiem - Sokołem. Na plan przychodziłem wcześniej, aby się z nim oswoić, a pomagała mi w tym Pani Marlena – sokolniczka. Ciekawe jest też to, że są ludzie którzy, w naszych czasach wykonują zawód, który był popularny na dworach królewskich. To było dla mnie ogromną przygodą.

Czytałam kiedyś opinie ze świata aktorskiego „obyś nie musiał pracować z dziećmi i zwierzętami”, a w Twoim przypadku okazuje się, że to możebyć ciekawe doświadczenie.

Będę totalnym zaprzeczeniem tego i nie zgadzam się z tym, ponieważ takie spotkania wiele uczą.  Pracuję z dziećmi ze Szkoły Muzycznej w naszym Toruniu, nie na planie ale prowadząc warsztaty teatralne i  musicalowe. Jeżeli chodzi o zwierzęta, to uważam, że z sokołem była niesamowita przygoda. Praca z dziećmi uczy pokory, a pewnego skupienia i koncentracji nauczyłam mnie praca z sokołem. Zwyczaj był taki, że podczas prezentacji przed królem sokoła, właściciel powinien zdjąć w specjalny sposób nałożony na zwierzę kapturek.  Reżyser na początku chciał, abym wszedł z sokołem, który ma już ten kapturek ściągnięty. Stwierdziłem, że jednak spróbuje w scenie go zdjąć i to się udało. Potem jak oglądałem te scenę, faktycznie nie było widać strachu, chociaż wewnętrznie się trochę bałem. To jest bardzo popularne w aktorstwie. Zdarzają się rolę, przy których masz swoje prywatne lęki, emocje, których czasami nie jesteś w stanie tak od ręki oczyścić przed spektaklem w 100 %, a musisz pokazywać, grać co innego. Do teatru czy na plan filmowy przychodzimy ze swojego życia prywatnego, dlatego staram się przychodzić np. do teatru 1,5 godziny wcześniej, aby się przygotować i ochłonąć z ulicy. Pewne rzeczy, kłopoty musisz zostawić przed drzwiami garderoby i skupić się nad tym co masz do wykonania. 

W takim razie kim jest ten Twój bohater Sokolnik?

Bogdan Sokolnik jest to postać, która na pewno namiesza. On pojawia się u króla z określoną misją, a przysyła go królowa Elżbieta z podarunkiem od królestwa Węgier, właśnie z Sokołem. Pojawienie się tego bohatera jest pretekstem do zbliżenia się do króla. W jakim celu? Tego widzowie się dowiedzą. Natomiast postać pojawi się dość intensywnie, ale jest owiana tajemnicą, więc nic więcej nie powiem. Zapraszam do oglądania.

A co z „Wojennymi dziewczynami”?

Produkcja miała wejść do wiosennej ramówki, jednak sezon trzeci zobaczymy dopiero na jesień. W „Wojennych dziewczynach” wcielam się w rolę Janka Telegrafisty. Na 13 odcinków pojawię się w ponad połowie, więc też już większa rola, ale mniej intensywnie. Jest jednak znacząca, ponieważ będzie dotyczyła konspiracji. A co z tego wyniknie dowiemy się jak wspomniałem już na jesień. 

Jak mówisz o Telegrafiście, to od razu na myśl przychodzi „Piosenka telegrafistki”… 

Jak dostałem scenariusz, to pierwsze co, to sobie ją puściłem Praca Telegrafisty to była kolejna rzecz, z którą musiałem się zapoznać. Już pierwszego dnia zdjęć, które mieliśmy w starej opuszczonej willi w Milanówku, rekwizytor przyniósł mi sprzęt. Wcześniej poszukałem sobie informacji m. in. na Youtube, aby zobaczyć jak to wygląda, jak nadają telegrafiści, by było to autentyczne. Wychodzę z założenia, że należy włożyć maksymalną pracę w przygotowanie roli by była ona jak najbardziej wiarygodna. 

Pewna prawda historyczna, powinna zostać zachowana. Rozmawiamy o pracy przed kamerą, czym ona jest dla Ciebie? Pytam, ponieważ faktycznie ostatnio było intensywnie.

To jest zupełnie co innego. Jeszcze rok temu, przy okazji jednego z wywiadów, gdy ktoś mnie zapytał co jest mi bliższe, odpowiedziałem teatr. Teraz po pewnych doświadczeniach, nauczyłem się bardzo wiele technicznych rzeczy,  łapania światła, pracy z obiektywem. Muszę przyznać, że ta praca bardzo mnie zaciekawiła. 

Ale z drugiej strony, inną różnicą jest to, że spektakl nigdy nie będzie taki sam. Za każdym razem czymś może się różnić. Serial oddajesz telewidzom i żyje swoim życiem…

I to mnie inspiruje, że za każdym razem spektakl będzie inny. Dla mnie jest to zetknięcie energii widzów z energią aktorów. To są inne reakcje, widzowie wychwytują inne momenty, różnie w różnych momentach reagują. Teatr jest żywy i to cały czas „pracuje” w mojej głowie i to jest super.  To mnie inspiruje. Film czy serial pójdzie raz, a jak jest powtarzany, to będzie tak samo. Teraz z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że chce pracować dwutorowo. Wchodząc w jakiś projekt, nie opowiadam się za żadną ze stron, ale robię swoje zadanie jak najlepiej potrafię. Wcielam się w postać.

Rozmawiamy o serialach, które już istnieją kilka sezonów na naszym rynku. Ty wszedłeś w pewnym momencie do tzw. rodziny serialowej…

Nie jest to łatwe, ponieważ wchodzę w „rodzinę”, gdzie wszyscy się znają. Wszystko zaczyna się od ekipy czysto realizatorskiej, czyli od Pani garderobianej, charakteryzatorki, dźwiękowca, montażyści itp., a dopiero na końcu łańcucha pokarmowego poznajesz reżysera czy kierownik planu. Przy wojennych dziewczynach miałem ten plus, że na planie była moja koleżanka z roku Vanessa Alexander i  miałem z nią bardzo dużo scen. Było mi o wiele łatwiej wejść w ten świat. Natomiast w „Koronie Królów”, ekipa realizatorska, to są wspaniali ludzie, którzy przyjęli mnie z niebywałą otwartością, co pomogło mi w szybkim zaaklimatyzowaniu się. Ekipa dała mi przestrzeń, abym mógł na luzie wykonywać swoje zadania.

Jesteś na początku swojej kariery i tak się zastanawiam czy masz z góry określony cel? Wiesz w jakich projektach będziesz brał udział?

U mnie jest szerokie spectrum tego co robiłem i co robię w życiu. Szczerze mówiąc z żadnej z tych profesji nie chciałbym rezygnować. Mówię tutaj o dramacie, musicalu, śpiewaniu. Na pewno jestem trochę wybredny, jeżeli chodzi o spektakle musicalowe, dlatego też trochę od nich uciekłem. Ten komercyjny teatr musi za sobą coś nieść i w takich projektach z czystym sumieniem mogę uczestniczyć. Takie przedsięwzięcia mnie interesują, są one dla mnie wyzwaniem. W Akademii Teatralnej udało mi się przedrzeć przez różne tematy, czy różne style. Spotkałem się z Teatrem Horea i studium o Hamletach, które zrobiliśmy, opierając się na metodzie Jerzego Grotowskiego. Bardzo mnie to ukształtowało i chciałbym to połączyć. Nie chciałbym też rezygnować ze śpiewania, dlatego już nad pewnym pomysłem pracuję, ale nie będzie to kierunek musicalowy. Pomysł jest taki, że to co musicalowe, chciałbym przerobić na aktorskie. Chciałbym sięgnąć do rzeczy, które już robiłem, aby trochę iść pod prąd. W Akademii Muzycznej w Gdańsku, uczyli nas, że twardo trzeba trzymać się nut. Chciałbym wziąć się za songi musicalowe, za mniej znane musicale, czy filmy muzyczne, ale w aranżacjach, które mnie dotykają, czyli w moich aktorskich interpretacjach. Chciałbym z tego zrobić piosenkę aktorską niż song musicalowy. Podobne przeróbki, aranżacje wykorzystuje się  w teatrach dramatycznych i często mają one inny sens. W mojej głowie jest wiele muzycznych pomysłów, ponieważ z muzyki nie chcę rezygnować. Jeżeli jednak miałbym iść w konkretnym stylu muzycznym, to na pewno nie będzie to musical.

Mam wrażenie, że jesteś człowiekiem – orkiestrą. Ogarniasz jeszcze to wszystko?

Na pewno nie jestem człowiekiem z duszą organizacyjną, uczę się tego cały czas. Ilość rzeczy, projektów, których się podjąłem jest dość spora i to określenie człowiek-orkiestra bardzo mi się spodobało (śmiech). Jak już powiedziałem z żadnych tych rzeczy, które spróbowałem, nie chciałabym rezygnować, ponieważ uważam, ze się sprawdzam. Jest jedna rzecz, w której zrobiłem już parę kroków do przodu i która sprawia mi ogromną radość - to dubbing. Przy okazji pracy z Monika Strzępką, gdzie miałem okazję bawić się głosem, odkryłem jego szerokie możliwości. Chciałbym dalej rozwijać się w kierunku dubbingu a moim marzeniem jest zaśpiewać w jakiejś bajce Disneya.

Na koniec zapytam o Twoje początki. Pochodzisz z Torunia, z którego pochodzi parę artystów, aktorów i ciągle pojawiają się kolejni. Miałeś np. do czynienia ze Studiem P?

(śmiech) I tu Cię zaskoczę. A propos tego studia, to jest niesamowita historia. W Teatrze Muzycznym w Toruniu zagrałem w spektaklu „Siostry Perry” i po jednym ze spektakli podchodzi do mnie Pani, która zaczęła mi gratulować roli. Okazało się, że jest to Pani Lucyna Sowińska ze Studia P, która z wielkim zdziwieniem zapytała się jak to się stało, że nie „zahaczyłem” o to studio. Wytłumaczyłem, ze wcześniej nie miałem aktorskich planów. Kończyłem klasę biologiczno-chemiczną (śmiech), ponieważ plany moich rodziców były trochę inne. W ostatnim momencie zadecydowałem sam o sobie i zamiast farmacji wybrałem studia artystyczne. Wtedy myślałem o studiach musicalowych, ponieważ nie miałem odwagi i pewności startować na Akademię Teatralną. Poza tym na swojej drodze spotkałem założycielkę Toruńskiego Młodzieżowego Teatru Muzycznego „Mała Rewia”, Panią Elżbietę Szczypińską. To jest pierwsza matka mojego sukcesu, ponieważ ona dała mi wiarę w to, ze mogę startować na studia musicalowe. Od pierwszego roku na studiach w Akademii Muzycznej w Gdańsku nauczyłem się wiele. Zacząłem brać udział w jednym potem drugim spektaklu co dodało mi wiary w siebie. Uwierzyłem, że można. Mimo początków ktoś mnie zauważył, zaufał, angażował w projekty. Nagle ten wektor zaczął zmieniać pozycje z mało pewnego chłopaka spod Torunia do pewniejszego siebie człowieka w Teatrze Miejskim w Gdyni. Po dwóch latach zdecydowałem, że będę startował na studia teatralne, ale nie udało się. Stwierdziłem, ze jak chce robić musical, to warto byłoby być wykształconym w tym kierunku, więc ukończyłem Akademię Muzyczną w Gdańsku. Jestem jednak osobą, która jak już coś zacznie, to chce to skończyć, dlatego po Gdańsku, przy namowie kilku osób z Teatru Wybrzeże, zdawałem do Akademii Teatralnej. Pojechałem na luzie, ponieważ nie miałem nic do stracenia. Wiedziałem, że jeżeli mnie mają kupić, to kupią takiego jakim jestem.

 

Fot. w kapturze i przy oknie: Katarzyna Widmańska

Fot. z Płatonowa Bartek Warzecha

Foto. o Hamletach: HaWa

 

 

 

Czytany 557 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 12 wrzesień 2019 16:21

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama