cinema.pl Wywiady

piątek, 12 kwiecień 2019 16:34

Moja godność ma najwyższą cenę - Honorata Witańska dla cinema.pl

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Absolwentka Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie oraz Instytutu Lee Strasberga w Nowym Jorku. Prywatnie miłośnicza motoryzacji, wegetarianka i fanka zdrowego stylu życia. Ostatnio szerszej publiczności znana jako Magda Zwoleńska z serialu "Barwy szczęścia", Karolina Rachwał z "Policantki i Policjanci" - Honorata Witańska. Kilka dni temu spotkaliśmy się w jednej z warszawskich kawiarni i porozmawialiśmy o zawodzie aktora, edukacji ...

 

Mariusz RoguskiOstatnio podjęłaś się nowej roli - wykładowcy. Jesteś młoda osoba, która ma już pewne doświadczenie, więc o czym będziesz opowiadać?

„Villa Artysty” to projekt stworzony przez mojego serdecznego kolegę aktora Adama Adamonisa.  Zawsze marzyło mu się posiadanie studia artystycznego, w którym ludzie mogliby odkrywać swoje talenty artystyczne, pielęgnować je i dbać o swoją stronę kreatywną. Osobiście wierzę, że każdy z nas taką stronę ma, bez względu na to czy uprawia się zawód artystyczny czy nie. Adam zadzwonił do mnie któregoś dnia, oznajmił że otwiera owe studio i zapytał czy nie byłabym zainteresowana prowadzeniem tam zajęć aktorskich. Choć pomysł bardzo mi się spodobał, miałam moment wahania. Za słowem „wykładowca” widziałam zawsze tytuły naukowe, ordery czy ogromne doświadczenie. Jednak z drugiej strony stwierdziłam, że nie jestem przecież naturszczykiem, sama kończyłam dobre uczelnie, mam międzynarodową edukację i być może jest kilka rzeczy które mogłabym przekazać młodym artystycznym duszom. Mam też poniekąd doświadczenie w pracy z ludźmi w tym zakresie; przygotowywałam parę osób do egzaminów do szkoły teatralnej z niezłym rezultatem. Pamiętam radość i satysfakcję jaką sprawiała mi ta praca. Zatem przyjęłam te propozycję od mojego kolegi. Objęłam pion aktorski, a zajęcia które poprowadzę to „Mocne strony aktora”. Moim zadaniem będzie dostosować się do potrzeb grupy i konkretnych osób oraz przekazać elementarną wiedzę która należy posiadać jeśli chcę się pracować w naszym zawodzie. Ale jeśli ktoś potrzebuje zdobyć tylko trochę więcej pewności siebie w swojej pracy (niekoniecznie będąc aktorem), to są też fajne metody, techniki, które poprzez pracę artystyczną, pozwalają takie obszary w sobie znajdować i aktywować.

To jakie są te mocne strony aktora?

Te, których nikt inny nie ma. Wychodzę z takiego założenia, że najmocniejsza stroną człowieka jest on sam, jego zasoby, jego potencjał, jego osobowość, cechy charakteru, jego ciało. Nie ma takiego samego człowieka jak Ty czy ja. Wydaje mi się, ze z tego trzeba właśnie czerpać. Zwłaszcza w czasach, kiedy każdy chce być kimś innym, kiedy jest ogromna presja social mediów, które ukazują wspaniałe życie i sukcesy. Młodzi ludzie, co mnie martwi, żyją pod presją oczekiwań, chcą naśladować życie innych. A głównym zadaniem aktora jest autentyczność i prawda. Na scenie czy przed kamera jesteśmy po to aby widzowie nam uwierzyli. A jeżeli widz mi nie wierzy, to znaczy, że zrobiłam coś źle. Może właśnie nie korzystam ze swoich mocnych stron; z mojej prawdy, z moich środków przekazu, przeżyć, emocji. I na tym chciałabym oprzeć też moje zajęcia, aby ludzie czerpali ze swojego potencjału, a nie udawali kogoś innego. Pamiętam jak w szkole nam powtarzali, ze ktoś jest Anną Dymną czy młodą Dorotą Segdą. Z perspektywy czasu uważam, że takie „namaszczanie” nas jakimiś konkretnym osobowościami mogło wyrządzić sporą krzywdę. Taka postawa powoduje, że później jesteśmy jakimiś hybrydami stworzonymi z oczekiwań. A to niszczy autentyczność w człowieku.

Do szkoły teatralnej jeszcze wrócimy. Wspomniałaś o ludziach, dla których aktorstwo to pasja, ale nie zawsze tak jest. Popularne jest dzisiaj tzw. celebryctwo.

Ja dziele ludzi na tych, którzy chcą na serio pracować w tym zawodzie, chcą być w swojej kreatywności, chcą być rzemieślnikami i tych którzy chcą być głównie sławni. Ja osobiście zawsze chciałam uprawiać swoje hobby i dostawać za to pieniądze i jestem ogromnie wdzięczna losowi, że to mi się udało. I na zajęciach z aspirującym aktorami warto zadać takie pytanie; kto przyszedł po to aby rozwiać się artystycznie, a kto liczy na okładkę w magazynie. To uczciwe postawienie sprawy, które daje konkretny przekaz. W Villi Artystycznej chcemy odkrywać talenty, odkrywać kreatywność w człowieku, a to nie ma nic wspólnego ze sławą. Ona może oczywiście przyjść w pakiecie, jako dodatek, ale wg mnie jest częściej obciążająca. Może dawać jakieś „bonusy”, jednak ludzie nie zdaja sobie sprawy, że „wielkie kariery” okupione są ciężka pracą i niezwykle wysokim progiem stresu.

 

To dotyczy też Twojej osoby. Robisz swoje zawodowo, ale Cię nie widać np. „na ściankach”. Plus taki, ze robisz swoje, dostajesz kasę, ale są też minusy…

Myślę, że tak jest w każdej pracy. Przez te kilka lat się wiele nauczyłam. Zdjęłam też koronę z głowy aktorstwu, przestałam je gloryfikować, chociaż nadal uważam, że jest to jeden z najtrudniejszych ale też i najpiękniejszych zawodów na świecie. W praktyce na pewno traktuję aktorstwo jak normalną robotę, podobną do każdej innej z tą różnicą, ze moja jest pokazywana w telewizji czy wystawiana na ogląd publiczny. Ja tak samo wstaję wcześnie rano. Często o nieludzkich godzinach, aby pojawić się na planie o 6.00. Często robię nadgodziny. Też się ode mnie wymaga i rozlicza z efektów. Oczekuje się świetnej formy, dobrego wyglądu, a próg stresu który nam się serwuje jest często niewyobrażalny. Dodatkowo ludzie - widzowie często lubią przekraczać granicę przyzwoitości i kultury w kontaktach z nami. Traktują jak maskotki lub koleżanki (bo przecież codziennie widzą Cię w TV). I tu się kłania wspomniane przez Ciebie „celebryctwo”. Bo jest masa osób która właśnie o tym marzy. O wiecznym zainteresowaniu swoja osobą. Nieważne jak, gdzie, w jakim kontekście - ważne żeby było zamieszanie wokół Ciebie i żebyś miała uwagę. A mnie odpowiada sytuacja, w której nie wyskakuje z lodówek. Cenię sobie spokój, i to że możemy teraz siedzieć w centrum i rozmawiać. Nie opowiadam też w branży o swoim życiu prywatnym. Bo z prywatnego stałoby się publicznym. Nie plotkuję, nie wylewam żali i frustracji, a to przecież jest najlepszą pożywką dla „dziennikarzy” i mediów. Delikatnie też obchodzę się z social mediami, w których często łamane są granice przyzwoitości.

Faktycznie niektórzy „przeginają”.

Osobiście tego nie oceniam, każdy swoją ścieżkę zawodowa prowadzi wg własnego uznania. Ja bym tak nie mogła, ale rozumiem też , że nasi widzowie, którzy poruszają się w tych kanałach, chcieli by mieć namiastkę na prywatnie. Wszystko z umiarem.

Zaczęliśmy od Twojego szkolenia innych, jednak kiedyś sama kończyłaś szkołę. Wybrałaś szkołę w Krakowie. To był Twój świadomy wybór, akurat ta szkoła?

Powiem szczerze, że Kraków był dla mnie najbliżej. Jestem praktycznym człowiekiem, a to były czasy, w których zdawałam maturę, na Śląsku miałam swoich bliskich, swojego faceta i planowałam co weekend być w domu. Nie zdawałam sobie sprawy jednak, ze studiowanie na artystycznych uczelniach, wymaga całkowitego oddania, więc okazało się jednak, ze o wolnych weekendach mogłam zapomnieć. Z drugiej strony to było moje ogromne marzenie dostać się do tej szkoły, ale nie do końca wierzyłam w to, tym bardziej, ze byłam dziewczyną bez żadnych tradycji artystycznych. Mimo wszystko czułam zawsze wsparcie najbliższych i dawało, i nadal daje, fajny wiatr w żagle. Padło na Kraków za pierwszym razem, w którym trwałam przez 4 lata.

To jest szkoła teatralna, która miała pewne obostrzenia…

Na pierwszym roku mieliśmy zakaz brania udziału w jakichkolwiek projektach, ponieważ nie mogliśmy pierwszego roku zaniedbać. Nie wiem jak jest teraz, ale za moich czasów ten pierwszy rok był też rokiem decydującym, gdzie wiele osób odpadało z uczelni. Pierwszy rok weryfikował przydatność do zawodu i to była taka praca jak w zakonie, w dobrym tego słowa znaczeniu. Wszyscy tam po to przyszliśmy aby być przede wszystkim aktorami, a nie tylko sławni celebrytami. Tam studiują ludzie, którzy chcą tworzyć wysoka kulturę, którzy myślą artystycznie w kategoriach uprawiania zawodu, nastawieni są na  pracę przy dobrych spektaklach, na współprace z dobrymi reżyserami. To co się dzieję później weryfikuje rzeczywistość, jednak z założenia tam trafiają młodzi kreatorzy sztuki. Ja przed studiami brałam udział w zajęciach artystycznych w lokalnym Domu Kultury, dzięki czemu byłam cały czas w kreatywnej przestrzeni, ale z drugiej strony nigdy nie byłam np. na konkursie recytatorskim. Mimo wszystko artystyczne ziarno gdzieś już we mnie kiełkowało i przyświecał mi wyższy cel. Kraków to był fajny czas. Spotkałam tam ogromne osobowości - nie mając wcześniej takiej styczności ze światem aktorskim to było dla mnie ogromnym zaszczytem.

A czy masz wrażenie, że tego rodzaju szkoły są tzw. „kloszem”?

Tak. Ale z jednej strony musisz być zamknięta w tym „kloszu”, jeżeli rozkładasz swoje ciało, serce, dusze, emocjonalne życie na czynniki pierwsze. To jest pewnego rodzaju laboratorium, jesteś w zajęciach, które Cię obdzierają z warstw, z systemów obronnych, z pewnych zaprogramowanych zachowań, które każdy z nas ma. Nagle znajdujesz się w szkole artystycznej, która ma Cię nauczyć kreować budować żywego człowieka z krwi i kości. I aby się tego nauczyć, trzeba najpierw obedrzeć Cię z Twoich warstw i nauczyć Cię nakładać inne. Uważam, że te szklarniane warunki są potrzebne, aby ta praca mogła się w ogóle odbyć. Bo daje poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej jednak, my z tego „klosza” często wychodzimy do świata całkiem nadzy. Szczególnie trudno jest wchodzić do tego warszawskiego, gdzie wszystko pędzi, a artystycznie rzadko kiedy się pracuje. Taśmowo produkuje się seriale, projekty komercyjne, w których głębia Twojej duszy reżysera czy producenta nie obchodzi. Zazwyczaj ważne są słupki w excelu i to czy budżet się spina. Faktycznie ta pierwsza styczność z „wielkim światem” bywa ciężka. Ja miałam akurat ogromne wsparcie w bliskich, którzy są z „normalnego świata”, i już na etapie studiów jak wracałam do domu, to nie maiłam możliwości dalszego pławienia się w swoich artystycznych uniesieniach. Musiałam schodzić na ziemię, bo inaczej by mnie wywieźli do wariatkowa (śmiech). Dzisiaj uważam, że to trzymało moje zdrowie psychiczne w ryzach i na swój sposób uratowało od oderwania od rzeczywistości. A ta w naszym zawodzie jest nad wyraz brutalna. Tak więc dzisiaj jestem już absolutnie nauczona i pogodzona z tym, że moja praca jest pracą stricte rzemieślniczą. Artystycznie to mogę czasami coś zrobić, bo „artystą się bywa, a nie się jest” i posługiwanie się takim kluczem, bardzo ułatwia mi pracę w tym zawodzie.

To jest raczej smutny wniosek. Twoje wizje się sprawdzają?

Nie, w ogóle się nie sprawdzają, ponieważ z natury jestem idealistką. I jak dostałam się na studia, to chciałam zmieniać świat na lepszy. Dodatkowo mam naturę sportowca; gram fair, ciężko pracuję i wierzę że to przynosi efekty. A aktorstwo postawiłabym na podium, w graniu nie fair. I choć od początku uczyli nas, że w tym biznesie nie ma demokracji, to ja ślepo wierzyłam w swoje ideały. A rzeczywistość jest taka, że często to nie najbardziej utalentowani wygrywają casting i że uczciwa droga nie gwarantuje ról. I nauczyłam się, że z nie ma sensu z tym walczyć ani próbować tego zmieniać. Jedyną rzeczą, którą mogę zrobić, to mieć swój kręgosłup moralny i swój margines, który mocno musze trzymać w ryzach, aby go nie przekraczać. Szczęśliwa jestem, że póki co mi się to udaje, choć wiem że gdybym go naginała, byłabym dzisiaj gdzie indziej. Tylko wtedy nie umiałabym spojrzeć w lustro. A moja godność ma ostatecznie najwyższą cenę.

Godność jest ważna w każdym momencie życia.

Dokładnie. I nie rozróżniałabym jej tę w życiu artystycznym i poza. Jakbym nie była aktorką, miałabym takie samo podejście do życia. Są kroki, których nie podejmę i ruchy, których nie wykonam. Nie  powiem że nigdy, ponieważ „nigdy nie mów nigdy”, ale jednak.

Jaka jest ta Warszawa? Odczuwasz tzw. wyścig szczurów?

Nie, ponieważ ja w tym nie uczestniczę. I z nikim się z nikim nie ścigam. Przychodzę sobie normalnie do pracy, potem schodzę z planu i wracam do domu. Nie spotykam się w branżowym towarzystwie po godzinach. Tam raczej ludzie się prężą, napinają, najczęściej udają kogoś kim nie są i opowiadają głównie o sobie nie widząc nawet osoby która przed nimi stoi. A mnie interesuje prawdziwa rozmowa. I prawdziwe spotkanie z człowiekiem. Zawodowo zajmuję się udawaniem kogoś kim nie jestem, więc po robocie mi się już nie chce (śmiech).

Oczywiście zdarza się, że gdzieś na tzw. salonach się pojawiam. Jednak wciąż traktuję to jak przedłużenie mojej pracy. Przychodzę na premierę, udzielę wywiadu, nawiążę kilka nowych, warszawskich znajomości i po 2 godzinach wracam do domu, żeby się wyspać przed kolejny dniem w pracy. Jeśli ktoś chce się ścigać, to proszę bardzo. Ja energię wyścigu wolę przeznaczać na coś bardziej konstruktywnego. Ideą aktorstwa jest już konkurencja, więc po co dodawać sobie wyzwań. Przecież mam świadomość, że aktorek jest ogromna ilość. I że to świetne, utalentowane dziewczyny. A aktorska fortuna swoim kołem się toczy czy tego chcemy czy nie. Raz będę to ja, raz ktoś inny. Cieszę się, gdy słyszę, że powodzi się moim koleżankom i kolegom. Przecież to wspaniałe jeśli  aktorstwo pozwala Ci godnie żyć! I choć zdarza się, że rolę dostają osoby, które na zdjęciach próbnych nigdy się nawet nie pojawiły, to nie pozwalam żeby to stało się powodem mojej frustracji. Wtedy zaciskam zęby i jak sportowiec trenuję dalej do kolejnego meczu. Oczywiście ze  świadomością, że znów ktoś może zagrać nie fair.

Rozmawiamy o szkole, więc zapytam o szkołę w Nowym Jorku.

Gdy byłam w szkole teatralnej, to każdego lata wyjeżdżałam do Londynu, do pracy, aby zarabiać na studia. Mieszkając w Londynie, lubiłam w tzw. między czasie korzystać z tamtejszej kultury, lubiłam chodzić do teatru, obserwować uczelnie i to jak się tam kształci ludzi. Pomyślałam sobie wtedy, że fajnie by było „liznąć” takiej międzynarodowej edukacji, spotkać ludzi którzy myślą inaczej niż Ty, którzy mają inna mentalność, którzy wyrastają w innej kulturze. Międzynarodowa edukacja stała się wtedy moim marzeniem, bo w tamtej chwili perspektywa studiowania zagranicą była wręcz absurdalna, z racji kosmicznych kosztów. Któregoś dnia, po latach, gdy byłam już aktorką, trafiłam do Nowego Jorku z czysto rekreacyjnych powodów i poczułam, że to jest właśnie to miejsce, w którym chciałabym się kształcić. Dla jasności-wciąż nie wiedziałam skąd wziąć pieniądze. Pracowałam i radziłam sobie finansowo, ale nie na tyle aby wyłożyć z kieszeni kilkadziesiąt tysięcy. Ale zawzięłam się i padło na kredyt. Na miejscu zaopiekowali się mną moi przyjaciele, kolega zatrudnił w swojej knajpie-oczywiście nielegalnie! Ahoj przygodo! . Zaznaczę że to były czasy kiedy grałam już w serialu „Barwy szczęścia”. Któregoś dnia przyszłam po szkole do pracy i kiedy ścierałam  stoliki zaczepiła mnie pewna Pani, twierdząc, że jestem podobna do aktorki z „takiego polskiego serialu”. Uśmiałyśmy się kiedy uzmysłowiłam jej, że ona to ja.

A sama szkoła i w ogóle USA dały porządne lekcje życia. Tam nikt nie trzymał mnie w „kloszu”. Tam zupełnie inaczej kształci się młodych aktorów. Oni są praktyczni. Oni przygotowują Cię do roli  planktonu w oceanie potworów.

Słyszałam też, ze tam jest zupełnie inne podejście też do pracy z aktorem.

Tak, ale muszę zaznaczyć, że tam sami aktorzy mają zupełnie inne podejście do pracy! I tego mi brakuje w Polsce. Czasami mam wrażenie, że nam - Polakom nic się nie chce. Nie mówiąc już o pasji. Zderzam się bardzo często z nonszalańskim podejściem do zawodu, co na zachodzie nie ma racji bytu.  Tam każdy przychodzi do roboty z obowiązku i pasji. U nas często z łaski i fochem. Niestety głównie młodzi.

Może to jest kwestia pokolenia i mówię tu nie tylko o świecie artystycznym. Może łatwy dostęp do wszystkiego rozbestwił młodych.

Bardzo możliwe. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która pracuje na planie jednego z najbardziej znanych seriali i zauważyła, że im młodszy aktor, tym ma większe wymagania. Gdy na plan przychodzi aktor starszego pokolenia, to najpierw siada do charakteryzacji, a potem robi sobie kawę. Z młodymi jest zupełnie odwrotnie. Ale z tego co obserwuje, to rynek sam takie zachowania bardzo szybko weryfikuje. Jest za mało czasu na dramy i fochy. Czas to pieniądz.

Z drugiej strony takie zachowania ja też odczuwam jako dziennikarz…

No i to są te małe momenty które pokazują czy uprawiasz ten zawód, bo potrzebujesz permanentnego zainteresowania - a to się objawia w tych „zachowankach”, czy dlatego że masz zadanie do wykonania. W końcu za coś ci płacą.

Bardzo negatywnie się zrobiło, więc może pogadajmy o pozytywach. Mam wrażenie, że role kobiece bardzo fajnie, ciekawie się rozwijają. Nie jesteście już tylko planem, tłem do męskich ról, ale często to Wasze rolę są krwiste.

Naprawdę bardzo mnie cieszy taka sytuacja, tym bardziej, że jestem prawie feministką. Mówię prawie, bo praktykuję wiele zachowań, za które feministki by mnie nie pochwaliły. Ale jestem dużą  fanką dawania kobietom atrybutów lidera i głosu do wyrażania kobiecego zdania. Faktycznie w kinie coraz częściej obserwuje silne osobowości. Coraz częściej główne role stanowią bohaterki. Uważam że to potrzebne i bardzo się ucieszyłam, że w serialu „Policjantki i policjanci” pojawiła się też taka laska z krwi i kości, i że akurat ja mogłam tchnąć w nią życie. Cieszę się, że nastały czasy, w których panie  coraz częściej mówią głośno mówią o swoich potrzebach, o tym co czują, że nie boją się kroczyć swoimi ścieżkami zawodowymi i że nie tkwią już tak powszechnie w cieniu karier swoich mężczyzn. Fantastycznie to zjawisko portretuje Glen Close w filmie „Żona”.

Taki wzrost siły kobiet nie jest oczywiście komfortowy dla mężczyzn, bo wymaga uznania i szacunku siły dla płci pięknej, a to kulturowo często jest obce statystycznemu, polskiemu „panu i władcy z kanapy”. Widzę że mężczyźni są trochę zdezorientowani a nawet wystraszeni i to mnie bawi, bo my przecież nie chcemy zająć ich miejsca. Przecież każda z nas chce być cały czas kobietą. My po prostu często nie mamy innego wyjścia. Musimy założyć gacie na tyłek i brać życie w swoje ręce, bo faceci nie stają na wysokości zadania. I nie mam tu na myśli pensji w postaci 50 tysięcy i zapewnienia wakacji na Malediwach. Mówię o stanie umysłu, duszy i elementarnych aspektach męstwa takich jak lojalność, troska, odpowiedzialność, akceptacja, szacunek czy wreszcie wreszcie miłość. Czasy są koszmarne, trudne, definicja męskości leży i kwiczy, więc kobiety przestały czekać na cud. Uwierz mi - wiem co mówię (śmiech).  Nie chcę oczywiście wrzucać wszystkich do jednego wora, bo znam fajnych, prawdziwych, szlachetnych i odpowiedzialnych facetów, ale wciąż jest ich za mało. Liczę więc, że doba #metoo zainspiruje mężczyzn do spojrzenia na nas jak na równego sobie. Jak na partnera. I chciałabym, aby przestali mierzyć swoją siłę stanem zniewolenia i uprzedmiotowienia swojej partnerki. Ich siła nie może też wypływać z bicepsów. Niech płynie z serca, ze stanu umysłu, z dojrzałych decyzji i wyborów.

To o czym mówisz widać też w filmie, w tym jakie kino robią kobiety reżyserki. Przykładem jest ostatni czas. Jagoda Szelc, Kinga Dębska …

… Maria Sadowska. To jest bardzo dobry okres dla kobiecego kina. Ostatni rok czy dwa lata był fantastycznym czasem, gdzie głownie głos zabierały w kinie właśnie reżyserki. W teatrze dzieje się podobnie. Nie zapomnę premiery „Snu nocy letniej” z 2006 r w Teatrze Starym w Krakowie. To był mój okres studiów, Asia Kulig grała Hermię, za reżyserię spektaklu odpowiadała Maja Kleczewska. Wcześniej nie zwracałam uwagi na to kto „płciowo” wyreżyserował dany spektakl. A ta premiera to był moment kiedy zauważyłam, że kobiety jednak inaczej myślą i że mogą być świetnymi dowódcami w sztuce. Wiele razy spotykałam się w pracy z reżyserkami i współpracę z nimi bardzo sobie cenię.

No właśnie wspomniałaś o serialu, który nie jest Ci obcy. „Barwy szczęścia” czy „Policjantki i policjanci”. Jak ty odbierasz pracę na planach tych tytułów? Czy fakt, że są różne gatunkowo produkcje, powoduje też różnice w pracy?

Główną różnica pomiędzy serialem stricte fabularnym, a tym paradokumentalnym jest taka, że pracuje się o wiele szybciej, jest mniej czasu na realizację konkretnej ilości scen. Poza tym od czasu do czasu musisz zagrać z amatorami. Inna sprawą jest też zaplecze techniczne, które w tym przypadku nie jest aż tak rozbudowane, nie jest pełnowartościowe. Jest mniejsza ekipa, to wszystko jest bardziej kameralne. Cenię ten czas, spędzony w serialu „PiP”, ponieważ zobaczyłam inne oblicze pracy. Na planie zdobyłam bardzo wiele praktycznego doświadczenia, które jest mi dzisiaj bardzo drogie; umiem np. w bardzo krótkim czasie przyswoić ogromną ilość tekstu. Miałam też okazję dowiedzieć się więcej o robocie policyjnej bezpośrednio od fachowców, a to z kolei też może mi się kiedyś również przydać przy innych projektach.

Wspominasz o pracy, a relacjach. Jednak często powinno się mieć wiedzę np. znać przepisy prawa…

Tak, oczywiście. Paragrafy, procedury. Wiem też jak rozmawiać z policją żeby nie dostać mandatu (śmiech). Wiem jakie mam prawa jako obywatel i zdecydowanie jesteś śmielsza w działaniu obywatelskim i społeczny.

Kończąc już, zapytam o plany. Masz już jakieś?

Mam nadzieję, że wkrótce powrócę na ekrany, ale na razie nie mogę o niczym mówić.

Dziękuje za rozmowę.

 

Foto: Mariusz Roguski

Czytany 1157 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 12 wrzesień 2019 16:22

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama