cinema.pl Artykuły

środa, 19 grudzień 2018 14:50

Laureaci Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich 2018

Napisane przez 
Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Opublikuj na FacebookOpublikuj na Google BookmarksOpublikuj na Twitter

Nagrody Stowarzyszenia Filmowców Polskich przyznawane są od 2007 roku. Ich powstaniu towarzyszyła obowiązująca do dziś idea, by statuetki trafiały w ręce nie tylko tych przedstawicieli filmowych zawodów, którzy stoją na pierwszej linii – reżyserów, operatorów – ale także tych, którzy pozostając nieco w cieniu, mają ogromny wpływ na ostateczny kształt dzieła filmowego - dźwiękowców, montażystów czy scenografów. Nagrody Stowarzyszenia Filmowców Polskich przyznawane są za całokształt dokonań artystycznych. Ludzie, którzy ją otrzymali, kształtowali oblicze polskiego filmu.



W 2017 roku Nagrody SFP otrzymali: Leszek Wronko - operator dźwięku, Bronisław Zeman - reżyser filmów animowanych, Maciej Putowski - scenograf i dekorator wnętrz, Marcel Łoziński - reżyser filmów dokumentalnych, Tadeusz Roman - operator telewizyjny, Witold Sobociński - autor zdjęć filmowych i Franciszek Pieczka (Nagroda Specjalna) – aktor.

W tym roku statuetki Nagród SFP wykonane przez Dorotę Dziekiewicz – Pilich otrzymali:

 

·         Krystyna Krupska-Wysocka - reżyserka i scenarzystka

·         Jerzy Wójcik - autor zdjęć filmowych

·         Andrzej Mularczyk - pisarz, scenarzysta

·         Stanisław Śliskowski - autor zdjęć filmowych

·         Henryk Bielski - reżyser filmowy

·         Paweł Kędzierski - reżyser filmów dokumentalnych

·         Krzysztof Wodziński - reżyser dźwięku

·         Ryszard Kirejczyk - Nagroda Specjalna

Gala Nagród Stowarzyszenia Filmowców Polskich odbyła się 18 grudnia 2018 roku w Hotelu Hilton w Warszawie.


Sylwetki nagrodzonych
 

Krystyna Krupska-Wysocka, Reżyserka i scenarzystka

Jako asystent reżysera i II reżyser współpracowała m.in. z Tadeuszem Konwickim, Kazimierzem Kutzem, Krzysztofem Zanussim. Twórczyni nagradzanych filmów dla dzieci i młodzieży. Znana z aktywnej działalności na rzecz środowiska filmowego.

Krystyna Krupska-Wysocka urodziła się w Stołpcach. W wieku 14 lat obejrzała angielski film historyczny i postanowiła związać swoją przyszłość z kinem. Przeniosła się ze zwykłej szkoły średniej do Liceum Sztuk Plastycznych, gdyż uznała, że zdobędzie w nim wiedzę przydatną w urzeczywistnianiu planów filmowych. Po maturze zdawała do Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Na egzamin wstępny zabrała swoje prace malarskie. Komisja egzaminacyjna doradzała jej Wydział Operatorski. Obstawała przy reżyserii i dostała się.

Funkcję zwaną współpracą reżyserską, nierzadko pokrywającą się z obowiązkami II reżysera, pełniła m.in. przy „Ludziach z pociągu” (1961) i „Milczeniu” (1963) Kazimierza Kutza, „Długiej nocy” Janusza Nasfetera (1967, prem. 1989), „Zazdrości i medycynie” Janusza Majewskiego (1973) oraz „Dolinie Issy” Tadeusza Konwickiego (1982). Była nominalnie II reżyserem filmów telewizyjnych Krzysztofa Zanussiego – „Gór o zmierzchu” (1970) i „Za ścianą” (1971) czy kinowych Konwickiego – „Jak daleko stąd, jak blisko” (1971) oraz „Lawy” (1989). I tak się złożyło, że jako II reżyser często pracowałam z dziećmi. Przyglądałam się tym dzieciom i stwierdziłam, że nie można kazać im recytować wyuczonych kwestii – trzeba pozwolić im mówić własnymi słowami – powiedziała Krupska-Wysocka w wywiadzie z książki Jerzego Armaty i Anny Wróblewskiej „Polski film dla dzieci i młodzieży” (wyd. Fundacja KINO, Warszawa 2014). We własnych filmach przywiązywała dużą wagę do naturalności zachowań i wypowiedzi dziecięcych czy nastoletnich bohaterów. Rozmawiając za pośrednictwem swych filmów z młodą publicznością, nie unikała trudnych tematów: narkomanii wśród młodzieży w miniserialu „Żuraw i Czapla” (1985), którym debiutowała, samotności dzieci i dorosłych – w komedii „Skutki noszenia kapelusza w maju” (1993, TV), ze znakomitą kreacją Wiesława Michnikowskiego, niepełnosprawności – w „Ptaszce” (1994). Do dzieci adresowała też aktorsko-animowany film „Mamo, czy kury potrafią mówić?” (1997), zrealizowany z Tadeuszem Wilkoszem.

„Żuraw i Czapla” oraz „Skutki noszenia kapelusza w maju” zdobyły nagrody na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Młodego Widza Ale Kino! w Poznaniu (1988, 1994). W poznańskim Centrum Sztuki Dziecka Krupska-Wysocka uczestniczyła w projekcie warsztatowym – Wielka Przygoda z Filmem. Z myślą o młodych widzach zrealizowała spektakle telewizyjne „Ogrodnik i jego chlebodawcy” (1994) oraz „Agnieszka skrawek nieba” (1995).

Krystyna Krupska-Wysocka aktywnie działała w NSZZ „Solidarność” – także w stanie wojennym, gdy z przyjaciółmi organizowała pomoc dla opozycji i środowiska filmowego. Przyjaźniła się z księdzem Stefanem Niedzielakiem, strażnikiem pamięci o zbrodni katyńskiej, zamordowanym w 1989 roku przez „nieznanych sprawców”.

Nie do przecenienia jest aktywność Krystyny Krupskiej-Wysockiej w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich. Wieloletnia członkini Zarządu Głównego walnie przyczyniła się – wraz z byłym wiceprezesem Januszem Chodnikiewiczem – do udzielenia Stowarzyszeniu w 1995 roku licencji na zbiorowe zarządzanie prawami autorskimi, co otworzyło drogę do utworzenia Związku Autorów i Producentów Audiowizualnych (ZAPA), a tym samym znacznej poprawy sytuacji materialnej członków Stowarzyszenia. Z zapałem włączyła się w prace nad ustawą o kinematografii z 2005 roku i współredagowanie „Magazynu Filmowego SFP”.

Wtedy nie był to jeszcze tak solidny, duży periodyk jak dziś. Ciepło i życzliwość pani Krystyny, a także jej niesłabnące zainteresowanie sprawami polskich filmowców były kapitałem, na którym budowaliśmy relacje z członkami SFP. Myślę, że ta wrażliwość kazała pani Krystynie zajmować się we własnej twórczości światem dzieci i ich małych wielkich problemów – mówi jej koleżanka redakcyjna Anna Wróblewska.

W 2011 prezydent Bronisław Komorowski odznaczył Krystynę Krupską-Wysocką Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla kultury narodowej, za osiągnięcia w twórczości artystycznej.

Jerzy Wójci, Autor zdjęć filmowych

Zdjęcia Jerzego Wójcika wzbogaciły wybitne dzieła polskiej szkoły filmowej z przełomu lat 50. i 60. XX w. oraz wiele późniejszych, w tym widowiskowe, nominowane do Oscara – „Faraon” i „Potop”. Jerzy Wójcik jest też cenionym reżyserem i pedagogiem.

Jerzy Wójcik urodził się 12 września 1930 roku w Nowym Sączu. W 1955 ukończył Wydział Operatorski PWSF w Łodzi. Uczelnia zainicjowała film zwiastujący Odwilż: „Koniec nocy” Juliana Dziedziny, Pawła Komorowskiego i Walentyny Uszyckiej (1956). Jerzy Wójcik był jednym z autorów zdjęć. Nadeszła polska szkoła filmowa – polemiczny, pogłębiony intelektualnie, ujęty w nowatorskie formy artystyczne obrachunek z doświadczeniami rodaków podczas okupacji i w pierwszych latach powojennych. Miałem szczęście, że moje zainteresowania biegły równolegle z rozwojem szkoły polskiej. Nie oznacza ona dla mnie tylko obecności na ekranie pewnych dokonań artystycznych, innego sposobu inscenizacji czy reżyserii, ale przede wszystkim mówienie o problemach, o tym, co ludzie myśleli, co chcieli powiedzieć – mówi Jerzy Wójcik, który przygodę z polską szkołą rozpoczął jako operator kamery filmów ze zdjęciami Jerzego Lipmana – „Kanału” Andrzeja Wajdy (1956) i „Prawdziwego końca wielkiej wojny” Jerzego Kawalerowicza (1957). W filmach szkoły po raz pierwszy zaistniał zintegrowany obraz. Mam na myśli wysoki stopień integracji obrazu filmowego wyrażony przez strukturę obrazu, jednoczącą wszystkie jej elementy w oryginalną wizualizację: kompozycję dzieła filmowego – dodaje.

Bez czarno-białych zdjęć Wójcika, w których światło, przestrzeń, materia to kategorie estetyczne, ale też metafory wizualne egzystencji człowieka i losu narodu, trudno wyobrazić sobie sukcesy kolejnych arcydzieł szkoły: „Eroiki” Andrzeja Munka (1958, tym filmem Wójcik zadebiutował jako samodzielny autor zdjęć), „Popiołu i diamentu” (1958) i „Samsona” (1961) Wajdy, „Krzyża Walecznych” (1958) i „Nikt nie woła” (1960) Kazimierza Kutza, czy odbiegającej od tematu wojny, historyczno-religijnej „Matki Joanny od Aniołów” Kawalerowicza (1960). U boku tego reżysera, we współpracy z Wiesławem Zdortem i Witoldem Sobocińskim, Wójcik rewelacyjnie sfotografował w kolorze „Faraona”, przeciwstawiając barwnej kakofonii hollywoodzkich widowisk historycznych zredukowaną gamę kolorystyczną, wspartą nieprzeładowaną kompozycją szerokoekranowych kadrów. „Bo nie sztuką jest dodawać, sztuką jest odejmować. Powiedział mi to Jerzy Wójcik, kiedy byłem jego studentem, i tym jednym zdaniem ukształtował mnie jako operatora – mówi autor zdjęć filmowych, przewodniczący Polish Society of Cinematographers, Arkadiusz Tomiak.

Artysta klasy Wójcika nie pozwoli zamknąć się w więzieniu jakiejkolwiek „gotowej” formuły estetycznej – uważa prof. dr hab. Marek Hendrykowski. Toteż inną superprodukcję – „Potop” Jerzego Hoffmana (1973-1974) – Wójcik sfilmował równie znakomicie, ale z większym dynamizmem kamery i bardziej urozmaiconą paletą barw. Ważne miejsce w twórczości Wójcika zajmują filmy wybitnego reżysera Stanisława Różewicza. Wieloletnia współpraca, rozpoczęta „Echem” (1964), a zakończona „Aniołem w szafie” (1987), zaowocowała też dramatami wojennymi: „Westerplatte” (1967), „Opadły liście z drzew” (1975) i „Ryś” (1981), obrazem historycznym „Pasja” (1977) czy kameralnym studium współczesnym „Kobieta w kapeluszu” (1984). Dla Różewicza użycie zbliżenia lub wybranie odpowiedniej szerokości obiektywu nie było decyzją wyłącznie rutynową. Wyrażało jego stosunek do rzeczywistości, o której opowiadał – mówi Wójcik.

Na dorobek operatorski Wójcika składają się ponadto filmy jugosłowiańskie. Na całościowy: spektakle Teatru Telewizji, dwa filmy, które z powodzeniem wyreżyserował – „Skarga” (1991) i „Wrota Europy” (1999), książki „Labirynt światła” (2006) i „Sztuka filmowa” (2017, współautor: Seweryn Kuśmierczyk) oraz blisko 30 lat pracy dydaktycznej w Szkole Filmowej w Łodzi z tytułem profesora zwyczajnego sztuki filmowej.

Za całokształt twórczości Jerzy Wójcik otrzymał, oprócz Nagrody SFP, m.in. Złotą Kamerę 300 na MFF Sztuki Operatorskiej im. Braci Manaki w Bitoli, Orła – Polską Nagrodę Filmową, Platynowe Lwy na FPFF w Gdyni (ex aequo z Witoldem Sobocińskim), Nagrodę Specjalną PSC, a ostatnio tytuł Doctora Honoris Causa Szkoły Filmowej w Łodzi.

Andrzej Mularczyk, Pisarz, scenarzysta

Twórca literatury faktu i słuchowisk radiowych. Autor scenariuszy filmów kinowych, telewizyjnych i seriali. Trylogia komediowa: „Sami swoi”, „Nie ma mocnych”, „Kochaj albo rzuć” oraz 25-odcinkowy serial „Dom” biły rekordy popularności.

Andrzej Mularczyk urodził się 13 czerwca 1930 roku w Warszawie. Będąc młodszym bratem prozaika i poety Romana Bratnego, który od dzieciństwa zdradzał ciągoty do literatury, sam też wcześnie połknął jej bakcyla: zadebiutował (pod pseudonimem) w wieku 13 lat, podczas okupacji, na łamach konspiracyjnego pisma Dźwigary. Po wojnie rozpoczął działalność dziennikarską, ukończył studia na Wydziale Dziennikarstwa UW (1955) i podjął współpracę z Polskim Radiem. Wyniesioną z domu nieśmiałość pokonywałem najpierw grą w piłkę nożną, bo jest to gra kontaktowa, a następnie uprawianiem literatury faktu, które też zmusza do kontaktów z ludźmi. Uznałem zresztą, że życie podsuwa najciekawsze historie – wyznaje Andrzej Mularczyk, autor cenionych reportaży. Z książek, które napisał, opartych na faktach, najbardziej lubi „Co się komu śni”, „Czyim ja żyłem życiem” i „Polskie miłości”. Prawdziwe zdarzenia legły też u podstaw większości słuchowisk radiowych Mularczyka, z których dwa – „Z głębokości wód” i „Cyrk odjechał, lwy zostały” – wyróżniono prestiżową Prix Italia.

Pierwsze zauroczenie kinem Mularczyk przeżył, mając 6 lat. Jego ojciec – wówczas kwatermistrz 1 Pułku Strzelców Konnych w Garwolinie – zaprowadził go na film instruktażowy dla wojska. Obraz żołnierza, który wpadłszy w zasadzkę połyka meldunek, by nie dostał się w ręce wroga, wywarł na chłopcu duże wrażenie, podobnie jak widok kosynierów z patriotycznego filmu Józefa Lejtesa „Kościuszko pod Racławicami” (1938). W czasie okupacji Mularczyk oczywiście respektował hasło „Tylko świnie siedzą w kinie”.

Po wojnie świeże były jeszcze jej ślady, gdy oglądając w warszawskim Atlanticu „Mściwego jastrzębia” Howarda Hawksa czy „Komediantów” Marcela Carné, ponownie zachłysnął się X Muzą. W 1956, już z dorobkiem literackim, znalazł się w łódzkim środowisku filmowym. Przesiadywaliśmy w Honoratce. Przychodził Romek Polański, bywali współtwórcy filmu „Miasteczko” (1958), którym zadebiutowałem jako scenarzysta, wśród nich Julian Dziedzina i Janusz Łęski – wspomina Mularczyk.

Antoniemu Bohdziewiczowi spodobał się jego tekst „Wielkie słońce” – opowieść o chłopcu więzionym w czasach stalinowskich za udział w szkolnej konspiracji, który wprawdzie wyszedł na wolność, ale bez perspektyw na przyszłość. W liście do mnie groził rychłym samobójstwem, jeśli sytuacja się nie zmieni. Odnalazłem go, pomogłem mu dostać się na studia, a on opowiedział mi historię swego życia. Miał z niej powstać film, lecz wskutek pewnych decyzji artystycznych ja się z niego wycofałem i ostatecznie – także z powodu działania cenzury – nie powstał. Mimo to uważam ten niezrealizowany projekt za jedną z czterech najważniejszych przygód filmowych w mojej karierze – mówi pisarz.

Trzy pozostałe to oczywiście wspomniana, nieśmiertelna trylogia o waśniach Kargulów i Pawlaków, którą rozpoczęli „Sami swoi” (1967), a reżyserował Sylwester Chęciński, jakże warszawski serial Jana Łomnickiego „Dom” (1980-2000), według scenariusza Mularczyka i Jerzego Janickiego (chylę czoła przed Jankiem! – mówi Mularczyk) oraz „Wrota Europy” (1999) w reżyserii Jerzego Wójcika, zarazem współautora scenariusza – piękna adaptacja opowiadania Melchiora Wańkowicza. W naszej wspólnej pracy nad „Samymi swoimi” i kolejnymi filmami trylogii kluczową rolę odegrał sposób widzenia rzeczywistości przez Mularczyka. Z jego scenariuszy biła prawda postaci i sytuacji. Były to teksty świetne, a przy tym inspirujące do rozwijania zawartych w nich pomysłów – mówi Chęciński.

Scenariusze Mularczyka posłużyły też za podstawę m.in. takich filmów, jak „Ktokolwiek wie…” Kazimierza Kutza (1966), „Julia, Anna, Genowefa” Anny Sokołowskiej (1967), „Ostatnie takie trio” Jerzego Obłamskiego (1976, TV), „Wyjście awaryjne” Romana Załuskiego (1982) czy ostatni film Andrzeja Wajdy „Powidoki” (2016).

Andrzej Mularczyk był kierownikiem literackim Zespołu Filmowego Iluzjon (1970-1977). Jest członkiem Polskiej Akademii Filmowej.

Stanisław Śliskowski, Autor zdjęć filmowych

Operator 140 filmów krótkometrażowych, w większości dokumentalnych, kilku animowanych. Dokumenty „Bykowi chwała”, „Darek Dziedziech” i „Usłyszcie mój krzyk” uchodzą za arcydzieła. Mistrz zdjęć specjalnych, pedagog, członek założyciel SFP.

Stanisław Śliskowski urodził się 3 lipca 1935 roku w Łodzi. W dzieciństwie z przejęciem dokonał odkrycia, że odwrócony do góry nogami obraz okna na przeciwległej ścianie powstaje dzięki światłu przechodzącemu przez dziurkę od klucza w drzwiach między oknem a ścianą. Zastąpił drzwi pudłem kartonowym z otworem w jednej ze ścianek i ekranem – białą kartką – po przeciwnej stronie. Między oknem i kartonem animował dłońmi lalki lub wycinanki, których cień pojawiał się w tym domowym kinie na ekranie.

Do prawdziwego kina chodził z rodzicami jeszcze przed wojną. Do szkoły podstawowej poszedł po wojnie, od razu do drugiej klasy. Nauczyciele zauważyli, że dobrze rysuje. Naukę kontynuował w Państwowym Liceum Technik Plastycznych. Maturę zdał celująco jako uczeń klasy grafiki filmowej, w praktyce – filmu animowanego. Ukończył Wydział Operatorski PWSF w Łodzi (1960). Na uczelni zrobił zdjęcia i animację do pierwszego polskiego filmu wycinankowego – „Konfliktów” Daniela Szczechury (1960), z którym zrealizował jeszcze „Maszynę” (1961) i „Literę” (1962).

Po studiach związał się z Wytwórnią Filmów Fabularnych. Będąc początkowo fotosistą, następnie operatorem kamery obrazów realizowanych w Zespole Filmowym Kadr, współpracował z wybitnymi autorami zdjęć: Krzysztofem Winiewiczem, Jerzym Wójcikiem, Wiesławem Zdortem, Kurtem Weberem. Prowadził też kamerę dla Witolda Sobocińskiego. Wreszcie sam zrobił zdjęcia do krótkiej fabuły Edwarda Etlera „Kraksa” (1963), powstałej w Wytwórni Filmów Oświatowych. Został w niej na etacie. W WFO zafascynowała mnie praca z Jadwigą Żukowską, osobą wyjątkową, o wielkim uroku osobistym, która miała dar łatwego nawiązywania kontaktu z dziećmi, ulubionymi bohaterami swoich filmów – mówi Stanisław Śliskowski. Przede mną, jako operatorem, Jadwiga otworzyła zupełnie nowy świat. O ile w fabule mogłem ujęcia poprzedzać próbami i powtarzać do perfekcji, o tyle w dokumencie musiałem z marszu reagować kamerą na sytuacje niepowtarzalne. Zadanie ułatwił mi Bogdan Dziworski, którego zaprosiłem do współpracy – dodaje. „Skąd się biorą dzieci” (1966), „Zazdrość” (1967), „Spróbuj jeszcze raz” (1970) i „Dzidka” (1972) to głośne filmy tandemu Żukowska – Śliskowski o dzieciach. Jednak największy sukces odniósł „Darek Dziedziech” (1974) – impresja o siedmiolatku zjeżdżającym do szkoły w Zakopanem na nartach. Śliskowskiego wsparli w niej Jacek Mierosławski i Jacek Żuk-Żukowski.

W impresji, której bohaterem był Franciszek Starowieyski – „Bykowi chwała” Andrzeja Papuzińskiego (1971), we wstrząsającym dokumencie Macieja Drygasa „Usłyszcie mój krzyk” (1991), przywołującym samospalenie Ryszarda Siwca w proteście przeciw interwencji w Czechosłowacji w 1968 roku, a także w wielu innych filmach – z „Akademią Pana Kleksa” Krzysztofa Gradowskiego (1983) włącznie – Śliskowski dał upust pasji do zdjęć specjalnych. „Usłyszcie mój krzyk” to wariacja na temat siedmiosekundowego ujęcia z płonącym Siwcem, które nakręcił operator Zbigniew Skoczek. Rzutowaliśmy ten obraz z reprojektora na ekran, multiplikowaliśmy, wybieraliśmy i powiększaliśmy fragmenty, ponownie je filmując z dodaniem panoram kamery itp. W ten sposób z ujęcia, które liczyło tylko 3,5 metra, uzyskaliśmy kilkadziesiąt metrów materiału do montażu – tłumaczył operator w „Magazynie Filmowym SFP”. Była to benedyktyńska robota, ale Staszek oddał się jej całkowicie. To człowiek nie do zdarcia, twórczy partner reżysera na każdym etapie racy nad filmem, a przy tym przez wszystkich lubiany – chwali autora zdjęć Maciej Drygas.

W dorobku Śliskowskiego jest jeszcze wiele świetnych dokumentów, takich jak „Chłopski los” – tryptyk filmowy Zygmunta Skoniecznego (1981, prem. 1988), filmy baletowe Jadwigi Żukowskiej: „Duet miłosny z baletu >>Tytania i osioł<<” (1971), „Tańczy Elżbieta Jaroń” (1974), „Nie wyobrażam sobie życia bez tańczącego świata” (2008) czy „Kontrapunkt” Andrzeja Papuzińskiego (2014) o plakaciście Michale Batorym.

Niespożyty pan Stanisław wykładał w latach 1984-2009 animację w Szkole Filmowej w Łodzi.

Henryk Bielski, Reżyser filmowy

Reżyser filmów kinowych i telewizyjnych, w tym słynnego serialu „Ballada o Januszku”. Pracował także jako asystent i II reżyser przy 18 produkcjach, w tym dziełach najwybitniejszych polskich twórców, takich jak Stanisław Bareja, Leonard Buczkowski i Jerzy Kawalerowicz.

Henryk Bielski urodził się 19 stycznia 1935 roku we Lwowie. W latach 50. był członkiem Zespołu Pieśni i Tańca „Mazowsze”, z którym występował w kraju i za granicą. W 1951 wziął udział w realizacji dokumentu Mazowsze Tadeusza Makarczyńskiego, a w 1953 wystąpił wraz z zespołem w „Przygodzie na Mariensztacie” Leonarda Buczkowskiego. Po ukończeniu Średniej Szkoły Muzycznej w Warszawie zapragnął na stałe związać się z X Muzą i wyjechał na studia do moskiewskiego WGIK-u, gdzie w latach 1958-1962 uczył się reżyserii pod kierunkiem Michaiła Romma.

Po powrocie do kraju został przyjęty do Zespołu Filmowego Kadr. Asystował m.in. przy „Pamiętniku pani Hanki” (1963) Stanisława Lenartowicza i „Przerwanym locie” (1964) Leonarda Buczkowskiego. Największym wyzwaniem była jednak praca przy „Faraonie” (1965) Jerzego Kawalerowicza. Jako asystent reżysera Bielski był odpowiedzialny m.in. za przygotowanie scen masowych z udziałem statystów, którymi byli… radzieccy żołnierze, w liczbie 4 tys. Henryk Bielski zawsze był w pobliżu reżysera, a po pracy opiekował się Kawalerowiczem – wspomina realizację filmu Ryszard Ronczewski.

 

Po „Faraonie” Bielski pracował w Zespole Filmowym Iluzjon, przy wielkich produkcjach, takich jak „Jarzębina czerwona” (1969) i „Kopernik” (1972) Ewy i Czesława Petelskich. Zadebiutował jako samodzielny reżyser „Hasłem” (1976). W tym rozgrywającym się w Bieszczadach filmie pojawiają się już stałe elementy twórczości Bielskiego, jak postać zawiedzionego robotnika, atmosfera egzystencjalnego smutku oraz pytanie o wartości w nowym, zmieniającym się świecie. W podobnym tonie utrzymany jest następny obraz, „Koty to dranie” (1978), gdzie główny bohater, doświadczony przez życie kombatant, czuje się samotny i niepotrzebny w nowej rzeczywistości.

 

W kolejnych dwóch dziełach, „Gwiazdach porannych” (1979) i „Pastorale Heroica” (1983), Bielski podjął tematykę wojenną, a w „Chrześniaku” (1985) przedstawił dramat dyrektora PGR-u. Największym sukcesem cieszył się kultowy serial „Ballada o Januszku” (1987), o samotnej matce wychowującej niewdzięcznego syna. W postać kobiety wcieliła się Lidia Fiedosiejewa-Szukszyna, która zagrała tu najlepszą rolę w swojej karierze. Ostatnim jak dotychczas filmem Bielskiego były „Warszawskie gołębie” (1988), historia warszawiaka, który po przeprowadzce do nowej dzielnicy walczy o to, by móc hodować w bloku ptaki.

Filmy Bielskiego były pokazywane na wielu krajowych i zagranicznych festiwalach, m.in. w Ułan Bator, Moskwie, Kairze oraz w Karlowych Warach. Spośród licznych nagród i odznaczeń, jakie otrzymał, wymienić trzeba Złoty Krzyż Zasługi (1976), Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski (1983), Nagrodę Pokoju na XIII MFF w Moskwie (1983), Nagrodę Szefa Kinematografii za rok 1985, Nagrodę na XXV MFF w Karlowych Warach (1986), a także honorowy tytuł zasłużonego działacza kultury. Bielski od wielu lat jest też aktywnym członkiem Stowarzyszenia Filmowców Polskich i przez trzecią kadencję zasiada w Sądzie Koleżeńskim SFP. W okresie stanu wojennego jako działacz związkowy, razem z Wandą Jakubowską, Jerzym Kawalerowiczem i Jerzym Hoffmanem, bronił Stowarzyszenia u najwyższych ówczesnych władz.

Jednym z wyróżników twórczości Bielskiego jest świetna gra aktorska. Nauczyłem się, co to znaczy trafna obsada. Charakter, postura, spojrzenie, oczy. I kiedyś mnie Basia Brylska spytała, jak to jest, że u mnie główne oraz drugoplanowe role grają same gwiazdy. „Bo ja was kocham” – odpowiedziałem. O innych cechach Bielskiego jako twórcy, ale też jako człowieka mówi reżyser dźwięku, prof. Andrzej Bohdanowicz: to człowiek, który jest niebywale solidny i oddany filmowi. Miał zawsze swoją koncepcję i starał się ją realizować w sposób zgodny z własnymi przekonaniami. Poza tym zawsze ceniłem go za to, że można na nim polegać. Nigdy nie odmówił pomocy.

Paweł Kędzierski, Reżyser filmów dokumentalnych

Twórca ok. 30 krótkich i kilku pełnometrażowych filmów dokumentalnych, związany wiele lat z WFD (obecnie: WFDiF) w Warszawie. Współzałożyciel Studia Filmowego Kronika. Wyróżnił się aktywną działalnością dla środowiska filmowego.

Paweł Kędzierski urodził się 2 lipca 1946 roku w Warszawie. Studiował polonistykę na UW, ale ukończył Wydział Reżyserii łódzkiej PWSFTviT (1971), gdzie jego mistrzami byli Jerzy Bossak i Kazimierz Karabasz. Pracę zawodową rozpoczął, realizując trzy dokumenty dla Telewizji Polskiej: „Widziane z dołu” (1971, z Marcelem Łozińskim), „Bezdroże” (1972) i „Puste krzesła” (1972, dwa ostatnie z Radosławem Piwowarskim). Nieprzypadkowo w 1973 związał się z Wytwórnią Filmów Dokumentalnych (obecnie: Wytwórnią Filmów Dokumentalnych i Fabularnych) – kuźnią polskiej szkoły dokumentu, znanej m.in. z filmów, które metaforami osłabiającymi czujność cenzury uderzały w PRL. Należę do „pokolenia ’68”, Marzec przeżyłem na studiach i w Warszawie, i w Łodzi – mówi Paweł Kędzierski. Wszyscy chcieliśmy coś przekazać z tamtych czasów. Gdy tylko pojawiła się możliwość zrobienia pierwszego filmu po przyjęciu nas, Marcela Łozińskiego i mnie do WFD, postanowiliśmy, że nakręcimy go wspólnie, i że będzie to film o Marcu. Ujęcie tematu wprost nie przeszłoby przez cenzurę, więc w filmie „Happy End” (1973) pokazaliśmy typowo „Marcową” sytuację: wyrzucanie z pracy młodego inżyniera na zebraniu partyjnym – rozwija myśl reżyser. Dodaje, że jednym z operatorów „Happy Endu” był Stanisław Niedbalski, a film montowała Lidia Zonn. Współpraca z nimi to jak drugi fakultet, spotkanie z czystą sztuką i bezinteresownością – wspomina.

Spośród krótkich dokumentów, które Kędzierski zrealizował w WFD, największy sukces odniósł „Dzień Dziecka” (1981) – studium presji, jakiej poddawane są dzieci z rodzin inteligenckich (Nagroda Główna na MFF Krótkometrażowych w Oberhausen). Paweł Kędzierski brał udział w powstaniu pełnometrażowego dokumentu WFD „Robotnicy 1971: Nic o nas bez nas” (1972, reż. Krzysztof Kieślowski, Tomasz Zygadło). Film w naszej wersji został odrzucony z przyczyn politycznych, a na zmiany cenzorskie, z którymi wyemitowała go Telewizja Polska pt. „Gospodarze”, nie godziliśmy się. Wycofaliśmy nazwiska – podkreśla.

W twórczości dokumentalnej Pawła wyczuwa się jego przygotowanie polonistyczne. Choćby w filmie, powstałym z moim udziałem jako operatora, „Wszyscy dla wszystkich” (1976), który nawiązuje do wiersza Tuwima – mówi autor zdjęć Jacek Petrycki. W Zespole Filmowym X Andrzeja Wajdy Kędzierski zbliżył się do kina fabularnego, reżyserując nowelę w filmie „CDN” (1975) oraz film „Trochę wielkiej miłości” (1976, TV), a także dzieląc się z Agnieszką Holland i Jerzym Domaradzkim reżyserią głośnego filmu o młodzieży „Zdjęcia próbne” (1976). W 1990 został współzałożycielem Studia Filmowego Kronika – w jego ramach funkcjonowała przez szereg lat Polska Kronika Filmowa. Za zrealizowany w Kronice film „Cisza, ciemność” (1999) – o ociemniałych i niesłyszących rzeźbiarzach – otrzymał nagrody na festiwalach w Petersburgu, Sienie i Vila do Conde.

W dokumentach pełno- lub średniometrażowych: „Wybory 89” (1990), „Wybór Polski” (1991), „Jaka Polska” (1996, współreżyseria dwóch ostatnich: Andrzej Piekutowski) i „Zdarzyło się tylko w Polsce” (2011) uchwycił przemiany ustrojowe w naszym kraju. Fabularyzowany dokument „My Cichociemni. Głosy żyjących” (2008) przyniósł mu m.in. Złotą Szablę na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Historycznych i Wojskowych w Warszawie oraz Platinum Remi na Worldfest Independent Film Festival w Houston.

W SFP Paweł Kędzierski zasiadał w Zarządzie Głównym i przewodniczył Sekcji Filmu Dokumentalnego. Od powstania Studia Munka do dziś pracuję w Radzie Programowej „Pierwszego Dokumentu” – informuje.

Paweł jest ponadto bardzo życzliwy i koleżeński, skory do pomocy, najdalszy od wszelkiej zawiści – chwali przyjaciela Marcel Łoziński. No i wszyscy znamy go z tego, że na poczekaniu wymyśla trafne tytuły filmów swoich i kolegów – dodaje z uśmiechem Jacek Petrycki.

Krzysztof Wodziński, Reżyser dźwięku

W swojej karierze zawodowej, która trwała ponad 40 lat, pracował przy ok. 60 filmach i serialach oraz kilkudziesięciu etiudach studenckich. W dorobku ma dzieła tak głośne, jak „Ziemia obiecana” Andrzeja Wajdy czy „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana.

Krzysztof Wodziński urodził się 28 marca 1938 roku w Pabianicach. Jego matka uważała, że każdy powinien mieć choćby elementarne wykształcenie muzyczne, żeby rozumieć utwory grane np. w filharmonii. Kupiła ośmioletniemu synowi akordeon. To był mój pierwszy bliższy kontakt z muzyką, ze sztuką dźwięku – mówi Wodziński.

Lekcje gry na akordeonie pobierał u nauczyciela muzyki, który wystawił mu dobrą opinię. Wtedy matka, mimo iż czasy były biedne, powojenne, kupiła pianino. Po kilku latach nauki w ognisku muzycznym wróżono Wodzińskiemu karierę pianistyczną. Zrezygnował z niej, doszedłszy – po ukończeniu Państwowego Liceum Muzycznego w Łodzi – do wniosku, że brak mu odporności na stresy związane z koncertowaniem. Doradzono mu, aby wybrał studia zbliżone do muzycznych – na Wydziale Reżyserii Dźwięku Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej (obecnie: Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina) w Warszawie. Został przyjęty za pierwszym razem. Studia (specjalność: fonografia) ukończył w 1962. Pracował jako nauczyciel w Państwowej Wyższej Szkole Baletowej w Poznaniu (1961-1966) i realizator dźwięku w łódzkiej rozgłośni Polskiego Radia (1967-1971). O tym, że zostałem pracownikiem kinematografii, przesądził przypadek. Siedzibę Radia oddano do remontu, a mnie przeniesiono do Pałacu Dźwięku, zbudowanego według projektu Jerzego Blaszyńskiego w Wytwórni Filmów Fabularnych przy Łąkowej. Byłem zachwycony standardem technicznym Pałacu i od 1972 związałem się z Wytwórnią na stałe. Wówczas trwały już zdjęcia do „Potopu” Jerzego Hoffmana. Moim pierwszym zadaniem było asystowanie przy tym filmie operatorowi dźwięku Stanisławowi Piotrowskiemu – opowiada Wodziński.

Jako operator dźwięku zadebiutował w duecie z doświadczonym operatorem Wiesławem Ćwiklińskim kultowymi „Dziewczynami do wzięcia” Janusza Kondratiuka (1972, TV). Pierwszym filmem, przy którym pracował samodzielnie był „Palec Boży” Antoniego Krauzego (1972). Po nim przyszły kolejne, zarówno kameralne, np. mój ulubiony „Jak to się robi” Andrzeja Kondratiuka (1973), „Drzwi w murze” Stanisława Różewicza (1973), „Wizja lokalna 1901” Filipa Bajona (1980), jak i superprodukcje, m.in. „Ziemia obiecana” (1974), „Ogniem i mieczem”(1999) – wylicza Krzysztof Wodziński. Przy pierwszej z nich dzielił się obowiązkami z Leszkiem Wronko, przy drugiej – z Piotrem Knopem. W „Ziemi obiecanej”, podobnie jak w „Potopie”, zetknął się z udźwiękowieniem stereofonicznym kopii 70mm. W „Ogniem i mieczem”, nominowanym za dźwięk do Orła – Polskiej Nagrody Filmowej, z formatem Dolby Digital.

W dorobku Wodzińskiego są też znane seriale, takie jak „Przyłbice i kaptury” Marka Piestraka (1985) czy „Pogranicze w ogniu” Andrzeja Konica (1988-1991). Zawsze kierowałem się zasadą, że ilekroć przystępowałem do pracy przy filmie, tylekroć traktowałem ją tak, jakby miała okazać się najlepiej wykonaną w mojej karierze. Od pierwszego klapsa na planie po ostatnią poprawkę przed kolaudacją pracowałem na najwyższych obrotach – wyznaje Wodziński. To prawda – potwierdza reżyser Marek Piestrak, który pracował z Wodzińskim m.in. przy horrorach „Wilczyca” (1982) i „Powrót wilczycy” (1990). Krzysztof starannie przygotowuje się do każdego filmu. Na planie idzie na rękę reżyserowi i autorowi zdjęć, nie utrudniając rozstawieniem mikrofonów inscenizacji i pracy kamery. W postprodukcji bardzo dba o właściwy balans głośności dialogów, muzyki i efektów. Słowem: na każdym etapie dąży do najlepszych rezultatów artystycznych i technicznych, pamiętając, że oprócz niego przy filmie pracują także inni twórcy – tłumaczy Piestrak.

Krzysztof Wodziński szereg lat prowadził zajęcia w Szkole Filmowej w Łodzi. Był operatorem dźwięku etiud studenckich lub filmów dyplomowych, m.in. Jana Hryniaka, Artura Urbańskiego, Grega Zglińskiego. Bardzo miło wspominam czas spędzony w WFF i Szkole. I ludzi, których spotkałem na swojej zawodowej drodze. Dzięki mojej pracy miałem piękne życie – podsumowuje Krzysztof Wodziński.

Ryszard Kirejczyk - Nagroda Specjalna

Dyrektorem ZAPA był 22 lata. Pod kierownictwem Ryszarda Kirejczyka ta organizacja zbiorowego zarządzania prawami autorskimi walnie przyczyniła się do poprawy sytuacji materialnej polskich filmowców i zyskała międzynarodowe uznanie.

Ryszard Kirejczyk urodził się 12 stycznia 1944 roku w Jeziorach koło Grodna. Być może już od dzieciństwa film był jego przeznaczeniem, gdyż w warszawskim domu, w którym je spędził (przy ulicy Belgijskiej) mieszkali wybitni ludzie kina: prof. Jerzy Toeplitz, Władysław Forbert, Ludwik Perski i Karol Szczeciński, zaś w garażu stało auto Aleksandra Forda.

W 1967 Ryszard Kirejczyk ukończył studia na Wydziale Prawa UW. Wtedy absolwentów wyższych uczelni obowiązywały jeszcze nakazy pracy, więc Kirejczyk, chcąc uniknąć zatrudnienia tam, gdzie nie było mu po drodze, zaczął studiować drugi fakultet: handel zagraniczny w Szkole Głównej Planowania i Statystyki (obecnie: Szkoła Główna Handlowa). Pod koniec tych studiów otrzymał propozycję objęcia stanowiska zwanego współpracą produkcyjną – przy realizacji II części „W pustyni i w puszczy” Władysława Ślesickiego (1973). Film był realizowany także za granicą, na planie potrzebowano tłumacza, a Kirejczyk władał językiem angielskim. Tak zaczęła się moja przygoda z kinem – wspomina.

Był II kierownikiem produkcji m.in. głośnego „Zapisu zbrodni” Andrzeja Trzosa-Rastawieckiego (1974). Kierownikiem produkcji został już w kilka lat po debiucie u Ślesickiego. W tej roli sprostał wyzwaniom, jakie stawiała przed nim realizacja „Akcji pod Arsenałem” Jana Łomnickiego (1977) – wojennego filmu akcji, „Biletu powrotnego” Ewy i Czesława Petelskich (1978), który częściowo powstawał w USA, czy „Gwiazd porannych” Henryka Bielskiego (1979) – kręconych w pamiętnej zimie stulecia. Trudne lata 1980-1989 spędził, pracując w polskim oddziale amerykańskiej firmy Copernicus Society of America, zajmującym się produkcją filmów oświatowych dla Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które promowały kulturę polską. Po 1989 przestawił się na działalność gospodarczą – handlową. Dla Stowarzyszenia Filmowców Polskich nastał czas próby. Nie było już potrzebne do walki z władzą o swobody twórcze, bo przestała istnieć cenzura. Nie wszyscy twórcy rozumieli, że wolność wypowiedzi to za mało do utrzymania się na komercyjnym rynku filmowym. Do kinematografii i zawodu prawniczego wróciłem w połowie lat 90. za sprawą jednego z nich: Jacka Bromskiego, który zaangażował się w prace nad wdrożeniem ustawy o prawie autorskim, uchwalonej w 1994. Działania te na nowo zaktywizowały SFP, bo twórcy zobaczyli, że ono wciąż o nich walczy, tyle że tym razem o tantiemy – mówi Kirejczyk. Jestem na emeryturze. Służbowo nic już nie wiąże mnie z SFP, więc nie będę posądzony o wystawianie laurki prezesowi Bromskiemu, jeśli powiem, że uchwalenie ustawy o prawie autorskim i jej korzystna nowelizacja w 2000 jest w dużej mierze jego zasługą. Podobnie jak ustawa o kinematografii z 2005. To prezes wpadł na pomysł, by jej projekt zmienić z rządowego na poselski, czym powstrzymał destrukcyjne działanie ministerstwa finansów. Oczywiście wiele innych osób też pomagało – dodaje.

W celu dalszego polepszenia interesów twórców, w 1995 utworzono w ramach SFP organizację zbiorowego zarządzania prawami autorskimi – Związek Autorów i Producentów Audiowizualnych (ZAPA). Ryszard Kirejczyk stanął na jego czele i kierował nim 22 lata. Zaczynaliśmy od zera, ucząc się od kolegów z zagranicy, zwłaszcza francuskich, a dziś ZAPA uchodzi za największą i najsprawniej działającą tego typu organizację na rynku audiowizualnym w Europie Środkowo-Wschodniej, co jest zauważane i doceniane w świecie. Osiągnęła znaczący przychód rzędu 150 mln zł. Tylko w latach 1999-2002 wypłacone tantiemy zwiększyły się pięciokrotnie. ZAPA zrzesza wszystkich polskich reżyserów, operatorów obrazu, operatorów dźwięku, scenografów, dekoratorów wnętrz, kostiumografów, montażystów i większość scenarzystów. Obecnie reprezentuje blisko 4,5 tys. twórców i ich spadkobierców oraz ponad 550 krajowych producentów – wylicza z dumą Ryszard Kirejczyk.

Czytany 269 razy Ostatnio zmieniany środa, 19 grudzień 2018 15:01

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy Odśwież

Reklama

Pies.tv

Reklama

Reklama